czwartek, 25 maja 2017

Termostat vs Termometr

Od zawsze chciałam zmieniać świat. Kiedyś jednak wydawało mi się, że zmienianie świata to wielkie zadanie. Muszę latać po świecie i rozdawać żywność biednym na Haiti i głodnym w Sudanie. Ten kto zmienia świat, na pewno przez pół roku siedzi z Beduinami na pustyni albo ryzykuje swoje życie ratując uciekinierów z Korei Północnej. Zmienianie świata jest tylko dla wybitnych i odważnych. Jak bardzo się myliłam...

Z czasem bowiem okazało się, że zmienianie świata jest o wiele łatwiejsze. Zaczyna się od jednego człowieka: od nas samych. Od panowania nas swoimi myślami, językiem, emocjami. Od uśmiechu do skrzywionej pani w kiosku, od pochylenia się nad płaczącym dzieckiem. Od próby zrozumienia innych: tych co myślą inaczej, wierzą inaczej, wyglądają inaczej. Od wybaczania, okazania cierpliwośći, wpółczucia. Świat zmienić można też dbając o siebie i bliskich. Zawsze mów do ludzi tak, jak chcesz by oni mówili do ciebie. Jedz zdrowo, segreguj śmieci i zbieraj kupę po swoim psie :) Świat zmieni się wtedy nie do poznania!  

Potem jest krok drugi. Jeśli chcesz zmienić świat, pomagaj (podkreślam tutaj tryb niedokonany: pomoc stała, nie tylko jednorazowa) jednej obcej osobie (nie z rodziny bo rodzina to oczywista oczywistość). Samotnej sąsiadce, chorej znajomej z pracy, koleżance w depresji. Dbaj o nią. Pytaj się jak się ma, dzwoń do niej, przynieś jej czekoladę lub kosz owoców, daj jej się wygadać. Bądź zmianą w jej życiu. Zmieniaj jej świat. Jeśli każdy z nas będzie pomagał jednej obcej osobie, to będzie pięknie, prawda?

Zmieniać świat można dalej, głębiej i szerzej. Najważniejsze jest, by ten, kto chce świat zmieniać umiał zmieniać przede wszystkim siebie i równocześnie szukał innych zmieniaczy świata, bo przecież w grupie raźniej. 

Dawno temu, bardzo mądry 94-letni staruszek powiedział mi tak: Magda, bądź termostatem. Mamy na świecie za dużo termometrów. Termometr mierzy temperaturę i tylko wydaje opinię, termostat temperaturę zmienia. Chcesz zmian? Bądź nią! 


Czemu o tym piszę? Bo jakoś ostatnio wydaje mi się, że liczba termometrów zdecydowanie przewyższa liczbę termostatów... I może nawet sama zaczęłam być termometrem, a tego na pewno nie chcę. Bycie termostatem jest bowiem o wiele bardziej ekscytujące. 






środa, 7 grudnia 2016

Cztery dni zimowego cudu

Cztery, bardzo intensywne dni w Polsce, zabrały mnie w sentymentalną podróż do korzeni. Od szejściu lat nie byłam w kraju w okresie przedświątecznym. Wylądowałam w przecudownym Wrocławiu, pełnym optymizmu i świątecznej energii. Polska jest jak dobrze znany dom. Często nie jest się w stanie jej docenić, dopóki jej się nie opuści na dłużej. 

W Polsce czas płynie wolniej, jazz gra w głośnikach klimatycznych kawiarnii, z których aż nie chce się wychodzić. Księgarnie po brzegi wypchane są zamyślonymi czytelnikami,  na ulicach toczą się spontaniczne konwersacje o życiu, serniku, Poznaniu i historii kremu sułtańskiego... 

Obca babcia, która prowadzi mnie na sam dworzec, bym na pewno się nie zgubiła, uśmiechnięty pan z Ukrainy, który kupuje mi bilet, bo nie mogę połapać się w nowoczesnym systemie biletowej maszyny, wesoła dziewczyna, która spontanicznie zaczyna dyskusję o Orhanie Pamuku... Rozmowy w bibliotece, pociągu, tramwaju, kawiarnii, sklepie. Mężczyźni, którzy, zanim ich poproszę, spieszą na pomoc, by znieść moją walizkę po schodach.

Kamila mówi, że tylko ja przyciągam takie akcje. Może, a może właśnie, będąc tam na co dzień, nie zauważamy, jak fajny mamy kraj, jak fajni jesteśmy my...

Wesołych Świąt kochani. Wesołych i spokojnych.


czwartek, 6 października 2016

Bieg neuronów.

Dawno tu nie pisałam... Być może oswoiłam emigrację na tyle, by o niej nie mówić? Zgubiłam dom gdzieś po drodze, między Polską a Anglią. Staję się emigracyjnym tworem, bez tożsamości na własne życzenie. Im dłużej tu jestem, tym bardziej czuję się Polką, im częściej jadę do Polski, tym mniej Polką jestem. Pomijam już bułgarskie korzenie, które zgubiły się po drodze i tylko czasem cichutko pomrukują na dnie serca. Mój charakter ewaluował, przetwarzał się i zmieniał. Emigracja zbudowała moją dzisiejszą osobowość. Śnię po angielsku, marzę po polsku, nauczyłam się 'small talk', ale wciąż brakuje mi 'quality talk'. 

Coraz gorzej rozumiem polską rzeczywistość. Próbuję, naprawdę próbuję. Sprawy polskie zawsze były mi bliskie, ale po raz pierwszy ich nie ogarniam. Wielowarstwowość naszej wyjątkowej kultury, destrukcyjność historii, stworzyła w nas unikalny naród pełen gorliwości i pasji. Gorliwość niestety przekuła się w frustrację, złość w zgorzknienie. Czasem mam nadzieję, że mój kraj tylko tak wygląda przez okno komputera  i TV. Za dużo myślę. Ilość informacji jaka przepływa przez mój mózg, rozsadza mnie od środka. Próbuję odciąć się od mediów, politycznych sporów, kolejnych afer. Chciałabym wyjechać gdzieś, gdzie nie ma radia. A potem tęsknić za tym szalonym biegiem neuronów...

Obywatelką Anglii też się nie czuję. Nie rozumiem w pełni tutejszej rzeczywistości, nie umiem przetworzyć jej na język kultury. Na mój język. Pokochałam jednak 'angielski' szacunek do obcego człowieka. Uprzejmość do każdego. Brak zawiłości w kontaktach i postkomunistycznych relacji w pracy. Nie przyzwyczaiłam się do dystansu i skrajnego indywidualizmu. Nie wiem kim są moi znajomi i jakiego trupa chowają w szafach. Nigdy się nie dowiem. A może nie trzeba nam o tym wiedzieć? Być może wsystarczy beztroskie 'How are you' , by poczuć się szczęśliwym... Wolnym od uprzedzeń i niedomówień. Problem tylko w tym, że ja lubię te zawiłości, trudne, polskie , przekorne charaktery. Różnorodność poglądów i opinii. Jak to powiedziała moja znajoma Angielka: "Nigdy się nie dowiesz, jakie myśli ukrywamy za błyszczącymi oczami..."

Stałam się hybrydą. Pozbawioną uprzedzeń, wolną od złości dla  naszej historii, kochającą polskie tradycje, krajobraz, ludzi. Przyzwyczaiłam się jednak do tutejszego ładu, dbałości o otoczenie, troski o dobrą atmosferę w pracy i w szkole. Tutaj żyje się łatwiej. Po prostu, zwyczajnie, łatwiej. Czy ta łatwość sprawiła, że tęsknię mniej? Bynajmniej... ta łatwość usypia, ale nigdy nie pozwala zapomnieć. Jeśli coś należy zmieniać, to tylko na lepsze, jeśli coś można  zmienić, to tylko robiąc to z pasją i przekonaniem. A pasja do Polski nie zgasła, przybrała tylko inną formę.

A neurony biegną dalej. W szalonym wyścigu informacji i zdarzeń...  



poniedziałek, 20 lipca 2015

Nie rób drugiemu, co tobie nie miłe

Życie w małym Crowborough uczy mnie wspaniałej rzeczy: zrozumienia i szacunku.
Pomijam oczywistą tolerancję dla innych wyznań, czy koloru skóry. Pomijam też polityczną poprawność, bo ja nie o tym. Chodzi  o zrozumienie  ludzkich wyborów, gustów, poglądów.

Tutaj nikogo nie dziwi, że ktoś nazwał swoje dziecko Apple czy Verona, nikt nie oceni cię też po tym czy nosisz kozaki do letniej sukienki, kolorowe włosy, czy tatuaż na lewym przedramieniu. Nikt nie będzie Cię obrażał. I tak, sama mam swoje preferencje dotyczące wyglądu. Nie lubię piercingu ani wytatuowanego smoka na łydce, ale nauczyłam się nie oceniać człowieka po jego wyglądzie. Ja noszę podarte jeansy. Czym różnią się od wytatuowanego smoka? Pewnie niczym. Nie lubimy tego, czego sami nie akceptujemy. 


"Jak ten człowiek mógł dać dziecku na imię Nikola? Na pewno patologiczna rodzina"
"O ludzie, jak ta baba wygląda, czy ona nie ma lustra? Co za beznadziejna fryzura"
"Matka dała dziecku lizaka! Chyba jakaś nienormalna, wie ile to cukru?  "
"Ach ci katole, no ciemnogród zacofany"
"Ty, koleś, wyglądasz jak pedał". ( O dziecku z grzywką na bok)
"Dobrze mu tak, wcale mi go nie żal" (O ojcu, któremu zginął syn w wypadku)

To tylko kilka zdań z polskiego internetu.


Oceniamy wszystko i wszystkich. Gest, zachowanie, wygląd, wybór. Zamiast okazać ZROZUMIENIE postanawiamy POTĘPIAĆ. Ocenianie nie jest jeszcze najgorsze. Obrażanie jest. Brak empatii jest. Obrażamy ludzi sukcesu i tych, którym się nie udało, feminizm i brak feminizmu, wiarę i niewiarę, katolików i muzułmanów, ofiary mody i tych co chodzą w dresach, bogatych i biednych, mądrych i głupich. Obrażanie stało się modne. Nienawidzenie. Pogardzanie. Plucie. Powszechne? Sprawia przyjemność? STOP.

Nie rób drugiemu, co tobie nie miłe.


środa, 1 lipca 2015

Jestem w Argentynie!


Argentyna, Kraina Srebra, Río de La Plata, Srebrna Rzeka – nie wiem, które określenie tego kraju najlepiej go opisuje. Przypłynęłam tutaj statkiem - wiem, to staromodne, ale inaczej nie poznałabym Anny i Victorii. Anna płynęła do swojej rodziny, a Victoria do ukochanego męża. Dzieliło je wszystko – pochodzenie, majątek, a przede wszystkim, oczekiwania. Ich historie… no cóż, nigdy nie można być pewnym tego, co nas czeka. Sama nie wiedziałam czego się spodziewać. Kojarzyłam Argentynę z pięknymi krajobrazami, barwnymi kolibrami i gaucho (argentyńska odmiana kowbojów), ale miejsca, które zwiedziłam i historie, które poznałam zupełnie mnie zaskoczyły.

Widziałam pustynie soli i nie mogłam uwierzyć własnym oczom. Gdziekolwiek sięgnąć wzrokiem, było widać sól, sól i jeszcze raz sól! Na chwilę zatrzymałam się w dolinie Córdoby, pełnej kościołów, klasztorów i prastarych budowli z białego wapienia. Ciągle towarzyszą mi wierzchołki Andów widoczne na horyzoncie i sięgające niemal samego nieba! Piję dużo yerba mate – jak wszyscy tutaj.
Pewnie chcecie wiedzieć coś o kuchni argentyńskiej – często jadam caldo, zupę mięsną, przyprawioną ají, czyli papryką, a do tego asado, poza tym rodzaj herbatników, zwanych galletas i wszystko popijam winem.
Spędzam dużo czasu z Anną i Victorią, poznałam też ich rodziny. Ich świat stał się na chwilę moim światem, dlatego tak trudno będzie mi je pożegnać. Chciałabym żebyście je poznały!

Opisuję Argentynę, piękne widoki i poznanych ludzi, ale pewnie zastanawiacie się, jak to się stało, że niespodziewanie wyjechałam w tak odległą podróż?

Moją podróżą była lektura książki Sofii Caspari W krainie kolibrów :) Nigdy nie sądziłam, że podróżowanie z książką jest możliwe, dosłownie przeniosłam się do Argentyny! To jedna z niewielu książek, po których od razu chce się wyruszyć, poznawać, doświadczać i smakować.

W krainie kolibrów to pięknie wydaną saga tętniąca życiem i emocjami opowiadająca losy kobiet, które wyruszyły do Argentyny, podczas fali europejskich emigracji w XIX wieku. Świetna wakacyjna lektura napisana z rozmachem. Trzyma w napięciu, a wielowątkowa akcja co rusz zaskakuje. A to wszystko na tle zapierającej argentyńskiej panoramy.

Premiera książki jest właśnie dzisiaj – 1 lipca 


Polecam tę lekturę wszystkim, którzy marzą o dalekich podróżach, lubią odkrywać nowe kultury i chcą poznać dwie intrygujące kobiety, które nigdy się nie poddają!






*** KONKURS***

Jeśli chcesz wygrać jedną z dwóch książek Sofii Caspari pt "W krainie kolibrów", w komentarzu pod postem lub na moim facebooku pod linkiem do bloga,  dokończ zdanie.... 

Idealna książka to taka, która...

Dwie najciekawsze i nabardziej kreatywne według mnie odpowiedzi zostaną nagrodzone książką.

Ostateczny termin przesyłania komentarzy: 3 lpica 2015.


poniedziałek, 8 czerwca 2015

Nie jem muffinów. Wolę kruche babeczki z nadzieniem z bitej śmietany!

Ci co mnie dobrze znają wiedzą, że jestem wrogiem globalizmu. Nie pikietuję jednak, ani nie chodzę na marsze... Jakoś mało wierzę w ich skuteczność. Wierzę zaś w moc wolnego wyboru. Nie chodzę do Starbucksa, ani do KFC. Chyba, że przyjedzie do mnie fan (lub fanka) jednej z tych sieci i wtedy jestem w stanie pójść na ustępstwo. Z ZASADY jednak nie kupuję płatków firmy Kellogg's ani czekolady Cadbury. Wybieram małe, nieznane firmy, najlepiej polskie (jeśli się da) lub europejskie. Cieszę się na widok łyżki z napisem MADE IN SWEDEN zamiast MADE IN CHINA.
Globalizm zabija różnorodność i monopolizuje rynek. 

Najmocniej przekonuję się o tym właśnie w UK. Serek Philadelfia nie ma konkurenta, bo przejął całą branżę serkową, farba do ścian - tylko Dulux, jeśli masło to tylko Lurpak lub President, jeśli jogurt to tylko Dannone lub Muller. Innych brak. Mydło to obowiązkowo Carex. Najlepszym przykladem wyparcia przez dużą korporację mniejszych marek, jest  płyn do mycia naczyń Fairy... konia z rzędem temu, kto znajdzie w Crowborough jakiś inny.

Wyjątkowo mocno cieszę się na widok półek w polskich sklepach. Polskie marki jeszcze jakoś dają radę i zawsze wybieram te zamiast zagranicznych 'brandów'. Dla mnie '7 days' nigdy nie zastąpi drożdżówki, a amerykański 'donnut' polskiego pączka. Kocham Polskę za lokalną różnorodność, ser smażony, mąkę orkiszkową i dziesiątki rodzajów miodu.

O braku wyboru  najdotkliwiej przekonałam się we Francji w supermarkecie 'Monoprix'.
Dżem tylko angielski, czekolada to głównie Lindt, a masło to znów wspomniany 'President'. Nawet jabłka były z tą samą naklejką co te, które leżą w koszykach angielskiego TESCO.

Jest jedna dziedzina, w której wyboru już brak. Są to marki ubrań. Bowiem czy jest coś innego niż HM, Zara czy New Look? W Polsce można jeszcze wybrać polskie Mohito lub Reserved, ale nadal są to wielkie korporacje wykorzystuące tanią siłę roboczą w Azji.  Niestety wyboru brak, przynajmniej w UK. Tutaj małych butików już prawie  nie ma. A nawet jeśli są, to nie stać mnie na ubrania jakie sprzedają. Tak więc wsiąkłam i regularnie korzystam z tekstylnych sieciówek.


Oczywiście to mała kropelka w temacie globalizmu...

Mamy wpływ. Jeśli polski lub też brytyjski, niemiecki czy francuski lokalny przemysł ma przetrwać, nie wspierajmy gigantów. Wybierajmy mądrze. Za parę lat może już nie być pytania czy idziemy na kawę do Costy czy do Niebieskich Migdałów, bo kawiarnie takie jak te drugie zostaną wyparte przez wielkie sieci. Tutaj, mieszkając w UK, przekonałam się o tym najdotkliwiej.

To tylko refleksja na dziś. Teściowa bowiem chciała kupić liściastą, zieloną herbatę. W tutejszych supermarketach brak, jedyna jaka jest, to ta w torebkach.

Oczywiśćie Twinnings. 




poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Bezcenna.

Czasami życie samo pisze scenariusz. Nieplanowany, niezapisamy w kalendarzu. 
Ujęcie 20181. Klaps. Akcja. 

Z ogarniętego wojną Jemenu przyleciała ewakuowana w ostatniej chwili teściowa.

Mama Dawida jest niską, drobną blondynką z energią osiemnastoletniej dziewczyny. 
Patrzy na świat pozytywnie i widzi przyszłość w jasnych barwach. Chyba dobrali się z moim teściem idealnie, bo on też zdaje się postrzegać rzeczywistość w różowym kolorze. Szanują się i kochają. Moi teście sa nowocześni, otoczeni technologią i wolną od ideologii myślą. Chociaż mieszkaja w konserwatywnym kraju, w swoim mieszkaniu stworzyli mały Zachód, gdzie ich liberalne poglądy nijak się mają do świata za oknem ich domu w Saanie.

Gdy słucham o Jemenie, o zwyczajach tam panujących, podziałach kulturowych i religijnych to aż nadciąga na mnie huragan emocji. Ciężko mi usiedzieć na miejscu wiedząc, że w tamtejszej kulturze kobiety zjadają na obiad to, czego nie dojedzą mężczyźni, a w autobusie płeć piękna zajmuje ostatnie miejsca. Kobiety nie chodzą na spacery ani nie jeżdżą na rowerze. Nie mogą decydować o swojej przyszłości ani wybrać się na basen, bo ten przeznaczony jest tylko dla chłopców. Nie wychodzą same z domu. Zawsze muszą być całkowicie zakryte, bez względu na wyznanie, inaczej spotkają się z ostracyzmem lub ( jak w Egipcie) z molestowaniem seksualnym.

Teściowa mnie uspokaja. Mówi, że Jemen jest piękny, że ludzie są dobrzy. Wierzę jej. Wiem, że tamtejsze kobiety nawet nie wiedzą co je omija, bo wychowane są tak od dziecka. Mężczyźni na pewno też działają w dobrej wierze, a jednak...

Słuchając opowieści z dalekiego Jemenu doceniam to co mam najcenniejszego: WOLNOŚĆ. Że mogę leżeć na trawie w parku w Tunbridge Wells. Że mogę trzymać Dawida za rękę w centrum handlowym. Mogę iść na studia lub do pracy. Mogę jechać sama pociągiem do Londynu, tylko po to by usiąść w Hyde Parku i posluchac jazzu. Mogę lecieć do Francji albo do Chorwacji, a mój mąż niemal bez przerwy motywuje mnie do rozwoju osobistego. Mogę na ulicy na głos czytać poezję Rilkego albo tańczyć krakowiaka. Mogę wybrać swoją wiarę. Mogę ganiać się z Olim po lesie i wskakwiać do basenu. Mogę wszystko!

Wolność i wolna wola to najcenniejsze przywileje dane ludzkości. Nie nadużywam ich  dla rzeczy niepożytecznych, ale cieszę się nimi. Śniadaniem zjedzonym na balkonie i tańcem w deszczu, wiatrem we włosach i pogaduchami w kawiarni.

Proste? Zwyczajne? Chyba tak. Jednak nie na całym świecie... 










poniedziałek, 23 marca 2015

Detektywi

  Poniższy tekst powstał w ramach projektu "Bajki Tysiąca i Jednej Polki" Klubu Polki na Obczyźnie, który dedykowany jest Karince oraz jej siostrze Ali. Dziewczynki aktualnie nie mają możliwości, by podróżować, dlatego zabieramy je w baśniową podróż po świecie z dziecięcych snów.

„Istnieje mapa bez krańców świata - są na niej wszystkie kontytenty, miasteczka i wsie, ale jako że zawieruszyła się w bibliotecznym dziale baśni, nabyła magicznych cech: jeśli się na niej stanie, potrafi porwać ze sobą w najbardziej odległe miejsce.
Byli tacy, którzy próbowali przedostać się mapą na skróty na Wielką Rafę Koralową u brzegów Australii, na szczyty Himalajów, a nawet do sklepu obuwniczego dwie przecznice dalej. Te próby jednak kończyły się fiaskiem, bo żaden ze śmiałków nie odkrył, że na wyprawę mogą wybrać się tylko dzieci. Czternastoletnia Ala i jej ośmioletnia siostra Karina poznały także inny sekret mapy - nie da się nią podróżować w pojedynkę. Dziewczynki dobrze wiedzą, że trzeba razem usiąść na wygniecionym papierze i mocno złapać się za ręce i dopiero wtedy otworzy się przed nimi droga. Dokąd tym razem? Jak zwykle tam, gdzie ktoś na tę dwójkę będzie czekał. Tak jak tutaj.”


    Zerwał się silny i porwisty wiatr. Zamiast ciepłego, włoskiego powietrza, dziewczynki poczuły  przenikliwy chłód.  Wciąż trzymając się za ręce powoli otworzyły oczy.

- Gdzie jesteśmy?
- Nie wiem, nic nie widzę. –  Karinka  nie była w stanie dostrzec budynków spowitych białą mgłą.
- Szybko, schowajmy mapę, bo zmoknie – Alicja włożyła mapę do plecaka i przetarła rękawem oczy.
- Karinka, spójrz, tam jest droga! Chodźmy! – Ala złapała Karinkę za rękę i razem pobiegły w stronę, gdzie jeszcze paliła się latarnia. Było zimno i deszczowo. Na szczęście dziewczynki miały ze sobą kalosze i płaszcze, które szybko na siebie włożyły. Karinka czuła się zagubiona. Ala uśmiechnęła się do niej szeroko i chusteczką przetarła jej mokrą od deszczu buzię.





- Nie martw się, czuję, że zaraz przestanie padać – powiedziała i jak na zawołanie mgła zaczęła się rozrzedzać, a deszcz ustąpił miejsce słońcu.
- A nie mówiłam! – klasnęła w ręce Ala.
- Jak tu ładnie! – radośnie szepnęła Karinka.
- Alu?
- Tak, Karinko?
- Tu jest tak jak, tak jak... w bajce o Listonoszu Pacie!






Ala wyjęła mapę i sprawdzila, gdzie się dokładnie znajdują. Przeczytała na głos: ANGLIA, CROWBOROUGH. Rzeczywiście, miejscowość bardzo przypominała tę z bajki o Listonoszu Pacie lub Strażaku Samie. Małe domki z cegły otoczone pięknymi ogródkami, kilka uroczych sklepików, piekarnia i sklep z upominkamii. Gdy mgła całkowicie już ustąpiła, dojrzały w trawie kiełkujące żonkile i narcyzy.



Nagle dziewczynki poczuły zapach;  piękny i pyszny, jak niedzielne śniadanie, które robi mama.

- Jestem głodna! – Karinka poklepała się po pustym brzuszku.
- Ja też, chodźmy! -  krzyknęła radośnie Ala, złapała Karinkę za rękę i pobiegły w górę ulicy.

Było wcześnie rano, ale w jednym z domów już paliło się światło i właśnie stamtąd dochodził zapach owsianki i ciepłego mleka. Domek był cały z cegły, czerwony, z brunatną dachówką, a w oknie wylegiwał się szary kot. Nagle, niebieskie drzwi do domku same się otworzyły, a z głębi dobiegał śpiew. Kiedy dziewczynki zastanawiały się, czy wejść do środka usłyszały serdeczny głos:

- Wchodźcie kochane, czekałam na Was!

Alicja spojrzała na Karinkę i niepewnym krokiem weszła do środka. W kuchni uśmiechnięta, strasza pani, drewnianą łyżką mieszała mleczne danie w  małym rądelku. 

- Dzień dobry. Mam na imię Ala, a to moja młodsza siostra Karinka.
- Wiem kim jesteście. Tak jak mówiłam, czekałam na Was! – radośnie powiedziała pani w starszym wieku.  – Ja mam na imię Lucy.

Lucy z pewnością była czyjąś babcią, bo na ścianach wisiały zdjęcia uśmiechniętych dzieci. Miała na sobie fartuch w kolorowe kwiaty, włosy zaplecione w długi warkocz, a okrągłe okulary spoczywały na czubku jej małego, zadartego nosa. Do białych miseczek wlała owsiankę z cynamonem i radośnie  powiedziała:

- Szybko, jedzcie. Mamy zagadkę do rozwiązania.
- Zagadkę? – spytała Karinka.
- Tak! Czy wiecie, że w miejscowości, w której jesteście, urodził się pisarz, który opisał przygody najsłynniejszych detektywów na świecie?
- De-te-kty- wów? –  przesylabizowła Karinka.

- Tak, Karinko. W Crowoborough urodził sie Sir Connan Doyle, który napisał serię książek o Sherocku Holmesie i jego towarzyszu Watsonie, którzy rozwiązywali zagadki. My też musimy rozwiązać właśnie jedną z takich zagadek! Otóż, wczoraj zaginęła moja czarodziejska książka kucharska. Bez tej książki, nie będę mogła upiec tortu dla moich trzydzieściorga wnucząt.

- Ma pani aż trzydzieścioro wnucząt? - spytała z niedowierzaniem Ala.
- Tak, tak, mam aż trzydzieścioro i wyprawiam dla nich przyjęcie. Jednak tylko mój samorosnący tort będę mogła podzielić na aż tak dużo kawałków. Bez książki nie dam rady go upiec. Czy pomożecie mi ją odnaleźć?
- No pewnie! - krzyknęła Karinka – Uwielbiam zagadki!

Karinka zachwycona detyktywistycznym zadaniem z uwagą spojrzała na siostrę.

- Kiedy po raz ostatni widziała pani książkę? – spytała Ala i wzięła do ręki mały notesik, by zapisywać w nim wszystkie zgromadzone dane.
- Wczoraj rano. – przyznała Lucy i usiadła w wielkim, kwiecistym fotelu. – Rano robiłam skaczące bułeczki dla dzieci pana policjanta. Później smażyłam jeszcze uśmiechnięte naleśniki dla pani Potter, bo jej mąż choruje na smutki.
-  Uśmiechnięte naleśniki? – spytała z niedowierzaniem Karinka.
- Ależ oczywiście! Po zjedzeniu takiego naleśnika, nawet największy maruda ma uśmiech na twarzy do samego wieczora!
- Faaaajnie... – rozmarzyła się Karinka.
 - A potem, nic już pani nie piekła? – zagadała Ala i nalała do filiżanki herbatę z mlekiem dla pani Lucy.
- Dziękuję kochanie – Lucy obiema rękami złapała filiżankę i wzięła duży łyk gorącego płynu. - Niech pomyślę...  Nie, chyba już nie nie piekłam.

- Mogę się poczęstować tymi ciasteczkami? – spytała Karinka wskazując na ogromny talerz pełen czekoladowych gwiazdek pokrytych waniliowym kremem.
- Ależ oczywiście kochanie! O tak! Już pamiętam!!! Potem upiekłam właśnie te czekoladowe ciastka, które je Karinka. Hamują one głód na cały dzień.
- Czyli podsumujmy – powiedziała stanowczo Ala. – Najpierw upiekła pani skaczące bułeczki, potem usmażyła uśmiechnięte naleśniki, a potem zrobiła sycące ciasteczka, tak?
- Otóż to - potwierdziła Lucy.

Ala wstała i podniosła talerz z ciasteczkami. Pod nim leżała czarodziejska książka kucharska Lucy.

- Znaleziona! – krzyknęła Karinka i podskoczyła z radości – Teraz może już pani upiec tort dla swoich wnucząt.
- Cudownie, nie wiem jak się Wam odwdzięczę! – z uśmiechem powiedziała Lucy.
- Może nam pani dać kilka tych pysznych  ciastek na drogę. – podpowiedziała  Ala. – Na nas już bowiem czas.

Lucy zapakowała ciastka do metalowego pudełka i wręczyła je dziewczynkom. Uścisnęła je mocno, a do kieszeni plecaka włożyła im jeszcze książkę o przygodach Sherolcka Holmesa. Dziewczynki grzecznie podziękowały i rozwinęły mapę. Położyły ją na stole w kuchni i chwyciły się mocno za ręce. Ala zamknęła oczy, a Karinka cichutko szepnęła:


- Ciekawe dokąd teraz nas zabierze... 

piątek, 6 marca 2015

Powroty i pożegnania

Jednym z minusów emigracji są ciągłe powroty i pożegnania. Rozstaję się i powracam co kilkanaście tygodni. Powracam do Polski, rozstaję się z rodziną, witam przyjaciół, żegnam ich, witam i żegnam. 
Mam tyle szczęścia, że mieszkam na tym samym kontynencie co większość moich bliskich (w końcu Wielka Brytania to jednak Europa, chociaż sami Anglicy twierdzą inaczej). Ten sam kontynent umożliwia mi, a także moim bliskim, regularne wizyty w cenie biletu Ryanaira. 

Takie odwiedziny są jak orzeźwiający deszcz. Ktoś wpada, robi zamęt i... wyjeżdża. Tydzień w lipcu, dwa we wrześniu, 5 dni w marcu. Wizyty sa długie lub bardzo krótkie, ale każda z nich zostawia po sobie kilkudniową pustkę. ________________________.  O! Dokładnie taką.

Do tej pory jedyną przeżywającą byłam ja i ewentualnie osoby powracające, czyli żegnane. Tym razem do zasmuconych dołączył mały Oli, który przez cały dzień wycierał rękawem łzy po rozstaniu z ośmioletnim Aronem. Cieżko się patrzy na swoje dziecko, które spragnione kontaktu z ojczystym językiem w wykonaniu rówieśników, musi podporządkować się woli rodziców i razem z nimi przeżywać powroty i pożegnania.

A one nie są proste. Oczywiście wszystko zależy od naszego emocjonalnego zaangażowania, ale moje zawsze było i już chyba będzie duże.

Jeśli zakotwiczyłeś się w moim sercu, to dostaniesz dożywotni karnet na odwiedzanie mnie gdziekolwiek będę. A powroty i pożegnania staną się naturalną częścią naszej relacji. Będę czekać na Ciebie, kiedykolwiek zapragniesz mnie odwiedzić, a drzwi naszego domu na zawsze będą dla Ciebie otwarte. A potem pożegnam Cię i znów będę czekać na dzień Twojego powrotu.

Mam wrażenie, że pod ostatnim akapitem podpisałby się też Oli, który tak jak ja, raz nazwaną przyjacielem osobę, traktuje niemal jak rodzinę. Czy inaczej oddałby Aronowi kartę Petr'a Czecha z Chelsea? Taki gest jest zarezerwowany tylko dla najbliższych...

środa, 4 lutego 2015

Zamieszanie we mgle.

Crowborough zmienia się powoli, nie licząc nowej kawiarni (Costa w Crowborough, cud jakiś! ) i zamkniętego pubu o wdzięcznej nazwie 'Biały Jeleń', nic się nie przesunęło nawet o milimetr.
Dostosowałam się do nowej rzeczywistości, uświadomiłam sobie, że moje życie ma więcej wymiarów niż miasteczko w południowej Anglii. Może ktoś zamieszał łyżką w wyspiarskiej mgle?

Rzeczywistość przestała mnie zaskakiwać, angielska mentalność szokować, a jedzenie wywoływać grymas. Crowborough jest już bardziej znane niż obce. Moja mała przestrzeń okazuje się ogromna, bo okno na świat jest przecież duże.

Za czym tęsknię?
Za ludźmi, których kocham. Za czasem z nimi, śmiechem z nimi. Za patrzeniem na nich.
Za teatrem. Za ławką w parku Poniatowskiego, gdzie siadałam z Olim, by karmić kaczki.
Za społemowską bułką i osiedlową biblioteką. Za głęboką rozmową z obcym w tramwaju.

Lista wydłuża się i skraca w zależności od pory roku.

Jednak z tego miejsca dziękuję wszystkim, którzy mimo wkrótce mijających 5 lat mojego życia w Anglii, nadal są przy mnie. Dzięki Wam oswajanie rzeczywistości jest prostsze. Bez Was zachorowałabym na człowiekotęsknizm. Dziękuję tym, którzy witają mnie rano na skype i innych messangerach. Za każdego sms-a, każde dzień dobry i  dobranoc. 

Za każdy oddech w słuchawce telefonu. 

Dziękuję.

poniedziałek, 2 lutego 2015

Ś W I E Ć (*)


Życie jest zbyt krótkie, by nienawidzić, zbyt krótkie, by okazywać złość i złorzeczenie.
Okazuje się być ono tylko małą chwilką, którą możemy wypełnić dobrem lub złem, miłością lub odrazą. Podróż, którą przebywamy w dość szybkim czasie, ma proste szerokie trasy z widokiem na wschodzące słońce i wąskie, kręte dróżki, które przemierzamy w nocy bez włączonych świateł.

Co w życiu okazuje się ważne? Tylko drugi człowiek! Ani pieniądze, ani domy z ogrodami, ani szybkie samochody nie zostawią po nas śladu. Tylko drugi człowiek niesie iskrę świadomości osoby, która odeszła. Możemy ją pielęgnować w swoich wspomnieniach i wspomnienia przekazywać dalej.

Możemy zasiać tyle dobra ile zmieści dzień, by to dobro rozmnożyło się w innych. 
Nie trać czasu na złość, plotkę, nienawiść. Nie trać czasu na oskarżanie i osądzanie. Nie trać czasu na rozczarowanie i żałość. 

 Każdy dzień daje nam nową szansę. Zraniłeś kogoś? Przeproś go! Oceniłeś kogoś w swojej głowie? Nie rób tego następnym razem! Od siebie zmieniajmy ludzi. Wybaczaj innym i sobie. Kochaj. ŚWIEĆ !!!

A w dzień, kiedy dobry Bóg wezwie cię do siebie, nie zabierzesz nic. Ani pięknych butów, ani pieniędzy z banku ani ideologii za którą walczyłeś, zabierzesz tylko skarb, który nagromadziłeś sobie w niebie. Kochaj, przebaczaj, ciesz się, siej dobro. Zapal ogień -  niech płonie.  ŚWIEĆ !



Życie jest zbyt krótkie. Zawsze, dla wszystkich. 


Odpoczywaj w spokoju Ciociu, byłaś wielka! (*)  




poniedziałek, 22 grudnia 2014

Oklapnięty makowiec.

Święta w Anglii nie wyglądają jak te w Polsce, ale przywyczaiłam się do tutejszego celebrowania. Nawet przyswoiłam kilka tradycji i wplotłam je w nasze domowe zwyczaje. Skarpeta wypełniona słodkościami, wieczorne nabożeństwa pełne kolędowania i radości, świąteczne swetry i muled wine z pomarańczą - to tylko niektóre z nich. W Święta moi domownicy zmuszeni są do słuchania całymi dniami piosenek o tematyce Świąt, ale najbardziej zmuszeni są do dzielenia. Dzielimy się, bo nie można być niepodzielnym.

Jest tylko jedna rzecz, która mnie tu zszokowala. Czesto ludzie spedzaja tu Swieta sami, chociaz mają przyjaciół lub rodzinę. Tutaj nie świętuje się Wigilii lecz pierwszy dzień Świąt i wtedy organizuje się wielki, rodzinny obiad. Jednak jeśli mieszkasz obok samotnej sąsiadki, może się zdarzyć, że nikt jej nie zaprosi, bo Anglicy 25 grudnia lubią spędzać w gronie jedynie rodziny. Koleżance z pracy powiedziałam, że że moja mama spędzi w tym roku Wigilię z teściami mojej siostry. Stwierdziła, że to niesamowite, bo w Anglii raczej się to nie zdarza by teściowie byli ze sobą na świątecznym obiedzie. Otworzyła oczy ze zdumienia i trwała w tym stanie kilka chwil. Dzisiaj dodała, że chciałaby spróbować polskiego karpia, tak więc powiedziałam jej, by wpadła do nas na Wigilię, ale biedna aż nie wiedziała co począć, bo poczuła się bardzo niezręcznie. 'Obcy' nie odwiedzają się w Święta. Karpia jej zamrożę. 


Jeśli Twoj sąsiad jest sam, zaproś go, może to jego ostatnie Święta w życiu. Jesli Twoj przyjaciel nie ma co jeść, nakarm go. Jeśli nie widziałeś mamy od roku, zadzwoń do niej. Podziel się ciepłem. Współodczuwaj. Nie ma nic bardziej wartościowego. Nawet jeśli pierogi się rozlepią w wodzie, makowiec oklapnie, a okna są szare od brudu - kochaj. 

Nic innego się nie liczy. 








środa, 3 grudnia 2014

W przeróżnej postaci.

Przy minusowej temperaturze najlepiej jeździ się pociągiem. Zimno w przedziale ogrzewa ludzki serca i przykrywa je kocem z ciepłego oddechu. Przy minusowej temperaturze, można wytrzeć szybę ciepłą rękawiczką i zobaczyć ile cudów za oknem. Śnieg w przeróżnej postaci układa się w puchate kształty. Wszystko białe i mroźne. 

Jadąc zimą pociągiem trzeba pamiętać o kilku zasadach. O życzliwości dla współpasażerów, uśmiechu dla konduktora i o herbacie  w termosie. Bez tych trzech podstawowych czynników nie wchodź do przedziału. Bez życzliwośći zamrozisz podróżnych, bez uśmiechu - konduktora, bez herbaty  - siebie.

Przy minusowej temperaturze najlepiej się myśli. Gdybym mieszkała  na Sri Lance jakże bolałoby mnie serce, że nie mogłabym podziwiać zimy. O ileż bardziej smuciłoby mnie, że nigdy nie widziałabym śniegu!

Pociąg koniecznie musi być stary, w tych nowych jest za ciepło, nie możesz w nich ogrzać się oddechem. Z towarzyszem swej podróży można poczytać gazetę, rozwiązać krzyżówki lub zapytać 'Czy zechce Pan napić się ze mną herbaty ?'. Gdyby nie minusowe temperatury, żadna z tych czynności nie miałaby sensu. A najpiękniej, jeśli pociąg wypchany jest po brzegi kolorowymi myślami. Na ich tle śnieg wygląda najbielej. 





czwartek, 20 listopada 2014

Czesław mądrze śpiewa.

Dzisiaj natrafiam na pewną piosenkę. Artysta szeroko znany, dostał ze ten utwór niezłe baty. Przesłuchałam ją od początku do końca. Za tytuł i refren Czesław oberwał po całości. I tutaj narasta  trwoga we mnie, bo oznacza to, że dorośli ludzie nadal nie umieją czytać ( bądź słuchać) ze zrozumieniem.

W tym jednym utworze, autor tekstu (którym nota bene nie jest Czesław)  zawarł dokładnie wszystko to z czym zmagają się finansowi emigranci. Finansowi, czyli tacy, którzy chcieliby wrócić, ale z powodów materialnych, boją się, że w Polsce znów będą klepać biedę. Ileż tu mieszka ludzi, którzy umierają z miłości do Polski i jednocześnie nienawidzą jej za to, że zmusiła ich do życia w obcym miejscu.

Agnieszka - młoda mama z dzieckiem, pielęgniarka, która w Polsce za 1900 zł pensji nie mogła wynająć mieszkania i godnie przeżyć do pierwszego. Wyjeżdża za chlebem i za lepszą przyszłością dla swojej córeczki. Płacze miesiącami bo tęskni za rodziną. Kocha Polskę całym sercem, nienawidzi jej, bo nie może się z tej miłości uwolnić.

Ewa - miesiącami szukała pracy po studiach, w końcu spakowała plecak i wyjechała do Anglii. Mieszka wraz z innymi Polkami, tęskni za domem i przyjaciółmi, ale ma pracę i odkłada na własne 'M'. 

Robert - nienawidził Polski jak był w Polsce. Gdy ją opuścił (były redukcje etatów), znalazł pracę i stał się patriotą. Psioczy na Anglię i w wyobraźni idealizuje swój hiopotetyczny powrót do Polski.

Marcin - wyjechał z Polski, bo wszystko go wkurzało: brak pieniędzy, katolicyzm, szarość życia. Teraz tu go wszystko wkurza jeszcze mocniej: brak katolicyzmu, brak kreatywności, pstrokatość ubrań na ulicach Londynu. Stał się leniwym, młodym człowiekiem, który ma pieniądze na wszystko, ale nie ma motywacji. Kocha Polskę całym sercem, nienawidzi jej, że nie może do niej wrócić, bo znów zmieszkałby z rodzicami we wspólnym mieszkaniu. 

Beata - jej bogactwo jest na niby, bo w środku czuje się wyjątkowo uboga odkąd nie mieszka w Polsce. Nienawidzi tego stanu. Chce wrócić, ale nie ma nikogo, kto by jej pomógł. Po pracy ogląda polskie seriale i wyobraża sobie, że znów jest w domu. Nienawidzi się za to, że kocha Polskę za bardzo. Nienawidzi kochać Polskę.

Cieszę się, że pan Czesław, który mądrze śpiewa, poruszył tak trudny temat. W Polsce o emigrantach się dobrze nie mówi. Cwaniacy, lenie, w Polsce im się nie udało, to wyjechali na Zachód. A w większości są to zwykli ludzie, którzy z całych sił próbowali zbudować swoje życie w ukochanym kraju, ale nie dane im było osiągnąć sukces. Wyjeżdżają, by na obiad mieć coś więcej niż zupę marchewkową i móc czasem pójść do kina z dzieciakami. Mają jednak całą masę rozterek. Być tu i wiecznie tęsknić czy być tam i martwić się o byt. Dlatego nienawidzą Polski, bo ją za bardzo kochają. 

Wiem, że jest całe grono ludzi, którym żyje się w Polsce dobrze. Wiem, że jest to do osiągnięcia. Sama nigdy nie planowałam emigracji. Tak się złożyło, że mój mąż dostał ofertę pracy swoich marzeń i zdecydowaliśmy się spróbować. Polska nas nie zmusiła, nie wygoniła.

Jednak znakomita większość Polaków w Anglii, to ludzie, którzy nie mieli dużego wyboru. Mogli mieszkać w kraju, który kochają i zaglądać codziennie do pustej lodówki, albo być w kraju, który jest im obcy, mieć za co żyć i jednocześnie nienawidzić Polski, że nie mogą jej współtworzyć. Potem, choć z pełnymi brzuchami i ładnym samochodem, nabawiają się depresji i udają, że jest im super, bo zaklinanie rzeczywistości staje się jedynym rozwiązaniem na przetrwanie.











poniedziałek, 17 listopada 2014

'Mam tę moc, mam tę mooooc!'

Czy można mieć siedmioletniego przyjaciela? Takiego  prawdziwego, od serca, co rozumie każdy gest? Towarzysza rozmów o głupotach i kompana do wspólnego fałszowania piosenki 'Kulfon co z ciebie wyrośnie? Kumpla, z którym można zagrać w warcaby i porozmawiać o meincraft? A można! 

Mój syn jest wyjątkowy i szczególny. Najkochańszy ze wszystkich istot jakie znam (wybaczcie inne istoty). 

Gdy zgubię klucze, mówi 'Nie martw się mamo, przeszukam  kieszenie w twoich kurtkach'
Gdy szukam odpowiedniego pudełka z butami, siada koło mnie i przekłada je ze mną, za każdym razem pytając 'A może te?'
Gdy śpiewam 'Mam tę moc' (repertuar Krainy Lodu) zakrywa uszy i mówi, że nie umiem śpiewać, ale że jakoś to zniesie. 


Może kiedyś to przeczyta, więc: 

Kocham Cię Oli. 

Tu by powiedział: tak, tak, wiem, wiem.


poniedziałek, 10 listopada 2014

W temacie

Zapach starych swetrów
Skrzypiące fotele bezdomnych
Zdarte głosy aktorów

Akt pierwszy kończy się zapachem dymu

Akt drugi - owacją na stojąco

środa, 5 listopada 2014

Patriotycznie?

Patriotyzm nie jest w modzie. Patriotyzm kojarzy się z walką w 11 listopada na ulicach Warszawy i  z Polską dla Polaków. Patriotyzm jest pase. Patriotyzmu nie pokazują w tivi ani w radio. Patriotyzmu nie można się chyba nawet nauczyć, patriotyzm jest czymś spoza nas. Zjedzony z pajdą chleba ze smalcem, wyssany z mlekiem matki.

Gdy mówię Anglikom, że jestem patriotką, twierdzą, że takie słowo już nie istnieje.

Gdy mówię Polakom, że jestem patriotką, pukają się w głowę, bo przeciez ojczyzna nic mi nie dała.

Mój patriotyzm nie jest napuszony, nie walczę, nie chodze w czarnej bluzie z kapturem nasuniętym na głowę i nie wykrzykuję nacjonalistycznych haseł. Nie podpalam tęczy, nie rzucam koktajlem Mołotowa.

Kocham Polskę. Czerwone maki, zapach jesieni, brudne buty od soli zimą, gwar na rynku i gołębie na dachu. Kocham każdy kamień, który tam jest, każdy pył i okruszek. Kocham Polaków, ich zmęczone twarze, kreatywne myślenie, spracowane ręce. Kocham polskie miasta, pachnące spalinami i kulturą. Polski teatr i polskie kino. 

A co najciekawsze, dopiero tu, na obczyźnie, zdałam sobie z tego sprawę. 

I nie jest prawdą, że Polska nic mi nie dała. 
Na dźwięk słowa 'Polska' myślę przecież 'Dom'.



środa, 24 września 2014

Paraliż świata.

Pracując w pracy takiej jak moja, nie da się nie słyszeć o sprawach świata. Nie można zaszyć się w mysiej dziurze i udawać, że złych wieści nie ma. Codziennie budzę się z ciężarem w sercu. Wiem, co się dzieje, nawet jeśli w Faktach o 19:00 nie ma ani jednej informacji o tragediach jakie mają miejsce poza Europą. Rana na Bliskim Wschodzie jest tak wielka i krwawiąca, że nie ma szans na zagojenie. ISIS ma twarz zła. Sierra Leone umiera z głodu i z eboli. W Północnej Ugandzie, dzieci wciąż leczą ból po utracie rodziców w krwawych walkach rebeliantów.

Czytam listy dzieci z całego świata. Od Afganistanu przez Irak po Azerbejdżan i Ugandę. Cierpienie jest wszędzie: w większości przypadków wynika z ludzkiej ingorancji, głupoty, złożonego zła, przymakania uczu. Kupuję bułki w sklepie i myślę o tym, że dziecko w Sierra Leone umiera, bo mama nie może wyjść na rynek w wyniu  paraliżu kraju. 

Europa jest jak bańka mydlana. Wiadomości dociera tylko tyle ile chcemy usłyszeć, ile umiemy unieść, zrozumieć. Żyjemy w wygodnych mieszkaniach, pijemy czystą wodę, odbieramy dzieci ze szkoły i nie zastanawiamy się nad resztą świata. Działamy z automatu. Też chcę by Europa była bezpieczna, kolorowa, szczęśliwa, wesoła. Jednak jeśli dzisiaj zamykamy uszy na to co dzieje się w Syrii czy w Iraku, następne pokolenia rozliczą nas z umiejętności współodczuwania.

 Współodczuwanie powinno odróżniać nas od zwierząt. 

Nie umiem pisać ostatnio o niczym innym. Nie umiem myśleć o niczym innym. Jedno uratowane dziecko ratuje świat, jedno zabite dziecko niszczy świat.

Cała ludzkość na kolanach powinna wstawiać się za Kurdami. Cała ludzkość na kolanach powinna wstawiać się za Sierra Leone.

Cała ludzkość - chrześcijanie, muzułmanie, hindusi, jazydzi czy ateiści, powinna wykrzesać z siebie zainteresowanie i troskę , by współczucie zajęło w końcu miejsce pogardy. 




Wyglądam przez okno i widzę daleko. Moc  Twojego imienia rozrywa pokolenia, łączy skały, rozbija brzegi. Śmierć chodzi po polach, po pustyniach.

 Idę gdzie idziesz. Mówię to co mówisz. Nie ma już zabawy. Rozpacz, smutek, przygnębienie. 



A Ty, w tym wszystkim tak dobry, że nawet trzciny nadłamanej nie dołamiesz. 


sobota, 20 września 2014

Wiedza (nie)potrzebna.

Świat zwariował, stanął na głowie. Gdzie się człowiek nie obejrzy tam biją, zabijają, straszą. Medialna prawda jest kłamstwem, na dodatek kłamstwem wybiórczym. Zamiast szacunku okazujemy sobie wrogość, zamiast tolerancji zgniatamy siebie jak robaki. W mojej małej twierdzy zaszywam się z dwoma muszkieterami i udaję, że wiadomości nie ma. Nie czytam, nie oglądam, muszę odpocząć od złych faktów. Choć jeden dzień nie myśleć o zabijanych Kurdach, gwałconych dzieciach, umierających z nienawiści ludziach. Choć jeden dzień nie modlić się za chorych na ebolę, chorych na raka, chorych na zło. Choć jeden dzień wyobrażać sobie, że miłość naprawiła w końcu świat. Że nikt nie chce nikomu poderżnąć gardła z powodu innej religii, że nikt nie widzi tylko czubka swojego nosa. Wyobrażam sobie, całkiem naiwnie, że ludzie wykazują zrozumienie dla siebie nawzajem, że zamiast noża dają komuś chleb, zamiast hijabu - wolność. 

Osądzanie zostawmy Bogu. Pokornie patrzmy na siebie, zamiast na innych.

 Choć na jeden dzień chciałabym przenieść się na wyspę na Pacyfiku i nie mieć dostepu do gazet. Nie czytać ile osób zabiło Boko Haram, ile samolotów rosyjskich przekroczyło strefę przedbuforową USA, ile ludzi umiera dziennie w Sierra Leone z powodu okrutnego wirusa, nie czytać o tym, że w Saanie zamknięto szkoły z powodu zamieszek. Zapomnieć, że istnieje ISIS, że chrześcijanskim dzieciom ktoś w Iraku poderżnął gardła z powodu niewiary, że ktoś inny zakopał żywcem jazydzkie kobiety. Nie czytać, nie sprawdzać, nie wiedzieć...

A wiedzieć jednak trzeba! Działać trzeba! Pomagać tym, którzy nie mają już siły. Inaczej kolor sukienki jaką miała Meryl Streep na rozdaniu Oskarów, staje się ważniejszy od dziecka, które ginie przez głupotę dorosłych.