czwartek, 5 września 2013

Bajkoladia legoladnia

Czasami nazywanie rzeczy ma kluczowe znaczenie. Kto wymyślił nazwę dla odkurzacza albo biedronki? Kto nazwał zbiór zapisanych kartek książką? I najważniejsze z pytań: kto nazwał szkołę szkołą?

Moje dziecko udaje, że nie lubi szkoły. Wiem, że tylko udaje, bo prawie zawsze wraca z niej zadowolony. Lubi odkrywać i zdobywać. Od urodzenia lubił. Gdy wracamy ze szkoły,  zadaję mu milion pytań. Z kim się bawił, co robił, kto obdarzył go odrobiną radości a kto podarował mu smutek. Czasem opowiada chętnie, długo i z przejęciem, a czasem powie tylko, że było fajnie.

Jednak zawsze, w każdej chwili, gdy pytam czy lubi szkołę, mówi, że nie.

W tym roku zapisaliśmy Oliego do polskiej szkoły internetowej, dla dzieci żyjących poza granicami kraju. Kupiliśmy podręczniki ( te same które mają dzieci w polskich szkołach ) i wczoraj dotarły do nas do domu. Oli rozpakował pudełko i niemal od razu zaczął pochłaniać każda książkę, każdy zeszyt. Powiedziałam więc, że będziemy się uczyć w polskiej szkole, ale mama będzie nauczycielem. Mój syn skrzywił minę i powiedział,że on w żadnej  dodatkowej szkole się już uczyć nie będzie. Odrzucił książki i nadąsany poszedł do swojego pokoju.

Ja: Ok, nie będziemy się uczyć w  szkole, ale chcę byśmy razem poznali te książki.
Oli: No dobra, możemy się tak umówić.
Ja: A może wymyślisz nazwę dla tej czynności, dla czasu , który temu poświęcimy.
Oli: Może bajkolandia legolandia?
Ja. Wspaniale, może być to bajkolandia legolandia.

Moje dziecko wstało dzisiaj wcześnie rano, wyjęło jeden z zeszytów z zadaniami i od razu zaczęło je rozwiązywać. Później podszedł do mnie i powiedział, że on to w zasadzie już chce to wszystko poznać.

Pomyślałam sobie, że coś jest nie tak z nazwą "szkoła". 

niedziela, 1 września 2013

Horyzont

Coraz łatwiej znoszę powroty. Moja tęsknota już dawno nie przywdziewa brunatnej barwy. Ma kolor błękitny, czasem żółty. Patrzę na Polskę z nadzieją. Z nadzieją z niej wyjeżdżam, z nadzieją do niej wracam. Czasem stoję przed witryną sklepową i oblizuję się ze smakiem. Torty, gakaretki w czekoladzie, bajeczne trufle i rodzynki oblane miodem sprawiają, że chcę wejść do środka, zjeść wszystko a potem usiąść w fotelu i czytać gazetę. Taka właśnie jest moja tęsknota. 

W wakacje objadam się wszystkim. Śmiechem ptaka za oknem, zapachem długiej trawy, dźwiękiem filiżanki stawianej na szklanym stoliku. (Wyjątkowo lubię ten dźwięk porcelany stawianej na szkle albo łyżeczki opadającej na spodek. Lubię też dźwięk prysznica, z którego woda leje się na betonową posadzkę w starej bułgarskiej chacie nad morzem)

Ludzie, znajomi, przyjaciele, rodzina. Wszyscy są już w innej wodzie. Ja płynę wolno. Zatrzymuję się, zakładam kapelusz, robię zdjęcia błotnym ptakom i lekkim chmurom. Moi kompani są za daleko. Czuję to coraz wyraźniej, mocniej, tak... mocniej. Wołam do nich, ale oni już nie słyszą. 

Kładę się w tej starej łódce. Zamykam oczy. Słyszę tylko pisk mew i uderzenia fal o drewno. Opieram głowę o ciepłą nogę mojego syna. Dotykam ręką mocnych pleców mojego męża, z których schodzi skóra poparzona przez słońce. Nikt nie wiosłuje; unosi nas prąd i miękkie podmuchy wiatru. Cała reszta ludzi jest już za horyzontem i obawiam się, że już nigdy ich nie dogonię...



środa, 31 lipca 2013

Ach!


Ludzie są największą wartością jaką spotkałam w życiu. Brzmi trywialnie, ale w takim dniu jak dzisiejszy odczuwam to ze zdwojoną siłą. Mam do nich szczęście. Jakieś naprawdę wyjątkowe szczęście. Zawsze otaczały mnie osoby wspaniałomyślne i dobre. Nie ważne w jakim środowisku i w jakim okresie życia byłam. Od przedszkola aż po studia. Dobroć ludzi czasem przewyższa moje oczekiwania i powoduje, że zamieram z zachwytu. 

czwartek, 25 lipca 2013

Kos nigdy nie ma zielonych skrzydeł ( ani miętowej mini ).

Stwierdzam jednogłośnie ( osoby głosujące: ja, ja i ja ), że ludzi , którym obojętna jest moda jest bardzo mało. Jest wręcz nich zanikająca ilość ( pomijam tutaj zrozumiałe warunki finansowe i szerokości geograficzne, choć nawet ludy zamieszkujące Mongolię moda w pewien sposób identyfikuje). Możecie mówić co chcecie, że nie dbacie, że nie lubicie zakupów, tak, tak, wiem, wiem, ale i tak to co nosicie wyraża Was w taki czy inny sposób. Człowiek , stworzony na Boże podobieństwo, odziedziczył po swoim Stwórcy kreatywność i indywidualność. I wyraża ją niemal zawsze. Również przez ubranie.

Jowita. Jowita zawsze ubrana jest na czarno. Ma kolczyki w uszach ( po sześć w każdym uchu), tatuaż ( Indianin na lewym ramieniu), zawsze czarne spodnie,  martensy i czarny T-shirt. Nie cierpi sklepów z ubraniami, wręcz nie znosi. Nie maluje się i nie śledzi trendów. Jednak moda ją wyraża. Choć ma serce ulepione z miękkiego puchu, miodu i jest ciepłe jak poduszka, to słucha Closterkeller i wywija czarnymi, długimi włosami. Bardzo, bardzo ją lubię. W wyglądzie całkowicie się od siebie różnimy, ale gdy siedzimy z dzieciakami na placu zabaw albo przy kawie w jej pięknym domu, rozumiemy się bez słów. I mimo, że rękoma i nogami zapiera się, że moda ją nie kręci, to i tak jest fashionistką. Taką grunge'ową. 

Mój mąż. Mój mąż ma wysypkę na widok sklepu z ubraniami. Wtedy mówi "Ty idź, a  ja posiedzę z książką w kawiarni, widzimy się za godzinę ". To ja muszę mu przypominać, że czas kupić nową koszulę albo spodnie. Jednak to co nosi w 100 % go identyfikuje. Nie znosi formalizmu. Chcecie, by poczuł się jak w klatce, dajcie mu krawat. Na garnitur mówi, że to tektura. Nosi jednak eleganckie koszule i kolorowe gładkie spodnie. Instynktownie wybiera to co idealnie pasuje do jego osobowości. Introwertyczny (koszule) ekstrawertyk (spodnie). Nawet mojego męża identyfikuje moda.

Laura. Laura też ubiera się na czarno. Nie ma tatuażu, ale przypuszczam, że w innych okolicznościach tradycyjno - - kulturowych nosiłaby wielkiego motyla na obojczyku lub łopatce. Kolor czarny to tylko zasłona dymna. Ma bowiem czerwone włosy. I te włosy są jej identyfikatorem, linią papilarną, odbiciem serca. Zawsze powtarza, że nie cierpi sklepów i że moda jej nie dotyczy. Nie dotyczą jej trendy. Moda zawsze. 

No i ja. Próbuję określić swój styl i swoje podejście. Modę lubię. Nawet nie modę, lubię zabawę w kolory, w puzzle. Zakładam rzeczy, które indetyfikują zmienność mojej osobowości. Powagę trzydziestolatki połączoną z dziecinną naiwnością. Radość życia i optymizm ze szczyptą dekadencji. To wszystko widać w tym co mam na sobie. Kolory lub ich brak. W zależności od dnia i nastroju. Jednak modę śledzę. Lubię blogi modowe i magazyny zza oceanu. To co mnie w modzie drażni to segregacja społeczna i burżujstwo oraz tak zwani Fashion Victims, którzy noszą tylko to co modne, a nie to co ich wyraża. W takich przypadkach wolę stroje Jowity, które  zawsze opowiadają historię o niej. Wczoraj widziałam ja w  czarnej koszulce i czerwonych spodniach od piżamy jak robiła tosty z Nutellą i zamarłam. Czerwone spodnie do niej nie pasują. To jakby kos założył zielone skrzydła albo drozd przybrał różowych plamek. Tak samo jak do Laury nie pasuje miętowa mini (brr).

Moda jest częścią sztuki, choć trochę ogłupiającą, jeśli podążamy za nią ślepo i bierzemy na nią kredyty. Jednak jest narzędziem i pędzlem, muzyką i filmem. Określa epokę, osobowość, narodowość i nastrój. I dotyczy absolutnie wszystkich. Czy tego chcemy czy nie.




poniedziałek, 15 lipca 2013

Lato z radiem

Lato przywołało dziś  wspomnienie. Siedzę na dywanie, mam 5 może 6 lat. Na pewno chodzę do przedszkola. Szperam w mamy szafce i odkrywam skarby. Moja mama w tym czasie gotuje obiad w kuchni i słucha radia. Jest ranek, około godziny dziewiątej. Z radia leci najpięknieszy dźwięk lata. 

Pamiętam nawet dywan jaki był w pokoju. Wisniowy w czarne wzory. Stary, poprzecierany dywan. Szafę, meblościankę z brązowymi drzwiami bez połysku. Drzwi  balkonowe otwarte na oścież. Czuję zapach skoszonej trawy. Czereśnie apetycznie leżą w szklanym naczyniu. Podciągam białą, ażurową podkolanówkę i podziwiam kolejnego strupa na kolanie.

 Zaraz pewnie wpadnę do kuchni i zapytam mamę: Mamo, mogę iść na dwór? A mama jak zawsze powie, że mogę.