poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Polska.

Gdy wracam z Polski, zawsze pełno we mnie uczuć, przemyśleń, wrażeń. Polska jest jak pudełko czekoladek. Możesz trafić na słodkość, która rozpływa się w ustach i pozostawia smak na kika godzin lub zjesz truflę z niewyjętą pestką od wiśni, na której złamiesz sobie ząb. Jakkolwiek by nie było, Polska to moje gniazdo, pełne znajomych dźwięków, pysznych smaków, różnych zapachów. Dom, w któym może przecieka dach, ale za to stół jest wypełniony obfitością zmysłów i emocji.

Polska ma swoje strefy buforowe i te, gdzie jeszcze nie dotarł XXI wiek. Nawet w obrębie jednego miasta znajdą się takie rejony, gdzie obok przysłowiowych szklanych domów, stoją rozpadające sie kamienice. To normalne, jesteśmy państwem postkomunistycznym i zajmie nam trochę czasu, by piękno i estetyka stały się czymś powszechnym, a nie nadzwyczajnym. Środków wciąż mało, a potrzeb od groma. I nie krytykuję obecnego stanu rzeczy, jestem pod wrażeniem, że aż tak dużo udaje się zmienić.  Mówię szczególnie o Łodzi, która jest mi najbliższa ze wszystkich miast w kraju. Jest lepiej niż było. Widać zmiany istniejące i te, które nadchodzą. Mentalność tylko ta sama. 

W Polsce  zachwyca piękno młodych kobiet. Jeśli mieszkasz na Wyspach, tak jak ja, otacza cię pewna urodowa sztuczność. Przyklejane rzęsy, doczepiane włosy, nadużywanie solarium. Polki emanują klasą, elegancją, niewymuszonym, naturalnym pięknem. Zauważyłam również, że to młodsi ludzie ( do 40 roku życia ) są milsi, bardziej uśmiechnięci, zrelaksowani. Być może są mniej obciążeni przeszłością narodu i nie mają aż tylu kompleksów. Jednak tu trudno o obiektywnizm, w kraju byłam tylko 14 dni, a już prawie 5 lat jestem poza granicami Polski. Jest jednak bardzo widoczna cecha, która zdaje się narastać z każdym moim pobytem w Łodzi: AGRESJA . Podczas całego roku w Anglii nie byłam świadkiem lub uczestnikiem tylu nieuprzejmości jak podczas siedmiu dni w moim mieście. Oczywiście jest wiele cudownych osób, ale zdaje sie, że umiejętność panowania nad sobą i słowami, które się wypowiada, stopniowo zanika. Kupując zabawki w sklepie, jadąc autobusem, stojąc w kolejce po chleb nieustannie słyszałam pretensjonalny ton i podniesiony głos. Ludzie się kłócą i miałam wrażenie, że nikogo to nie zawstydza. Ba! , nikt nawet już tego nie zauważa. Walka o to, kto będzie wyżej w hierarchii społecznej zaczyna się na ulicach podczas jazdy samochodem, a kończy w biurach i urzędach.

Eklektyzm panuje na każdym polu: wyglądu miasta, ludzi, zachowań, emocji. Zupełnie inaczej niż w Anglii. Tu wszystkie domy są z cegły, mają te same oranżerie i stylowe ogrody,  ludzie mają podobne emocje i podobnie się ubierają. Wydawać by się mogło, że ta druga opcja jest lepsza. Wcale tak nie jest, bo w różnorodności jest przecież miejsce na kreatywaność. Gdy chodziłam po Łodzi uśmiechałam się do innych w nadziei na podobną odpowiedź. Czasem się udawało. Niektórzy uśmiechali się lekko i swobodnie, innych mój uśmiech zaskakiwał i nieśmiało próbowali wygiąć usta w tym pozytywnym grymasie. Zdecydowana większość jednak odwracała głowę lub spoglądała na swoje buty.  We wszystkim jednak najbardziej zaskakują dzieci. One są wolne od historii, śmiałe, wesołe, nie myślą jeszcze o tym, czy uda im się znaleźć pracę powyżej średniej krajowej i utrzymać dom. Polskie dzieci bawią się wyobraźnią, łatwo nawiązują kontakty i odważnie zaczepiają siebie nawzajem.  Patrzenie na nie pozwala zachować optymizm, bo nic nie jest w narodzie chyba tak ważne jak wzajemny szacunek i opanowanie.

Na koniec. Polska to mój dom. W każdym mieście w którym byłam, to uczucie towarzyszyło mi najmocniej.













wtorek, 29 lipca 2014

Oli

Moje dziecko jest najlepsze na świecie. Najpiękniejsze, najwspanialsze i najsłodsze. Nic nigdy tego nie zmieni. Nic nigdy tego nie przeinaczy. Oczy, nos, usta, włosy. Wszystko jest idealne. Perfekcyjne w projekcie, perfekcyjne w formie. Może nazwiecie mnie kłamcą, że przesadzam, faworyzuję. Tak, faworyzuję, ale nie kłamię. Tak go widzę, zawsze będę. Widzę w nim przyszłego lidera, powiernika, opiekuna, przyjaciela. Widzę jak wspina się po górach i dochodzi na sam szczyt, upada, otrzepuje się, wstaje. Widzę jak kocha i jest kochany. Że ma marzenia, cele, plany. Wybacza. Współczuje. Słucha. Podaje rękę, otacza ramieniem. Tak go widzę. Dzisiaj ratuje ślimaki, pomaga młodszemu sąsiadowi zejść po schodach, dziękuje dziesięć razy za naleśniki i mówi, że kocha. 


poniedziałek, 7 lipca 2014

Piosenka jest dobra na wszystko!

Są takie piosenki, które pamiętam od dzieciństwa. Piosenki, które nucę pod nosem gdy smażę naleśniki i takie, które mruczę pod prysznicem. Zazwyczaj śpiewam te wesołe, często też te dla dzieci, stare i nowe, szybkie i wolne. Piosenka towarzyszy mi często. Podkreślam słowo p i o s e n k a. Muzyką się delektuję, piosenką poprawiam zaś sobie humor.


Jest taka piosenka, która, gdy tylko ją  słyszę, maluje w mojej głowie słodki, ciepły obraz.



Biegam po trawie na bosaka, łapię w ręce pasikoniki i porównuję z kuzynami, który świerszcz jest większy. Mam strupy na kolanach i mrużę oczy do słońca. Wsiadamy całą rodziną do białego poloneza i jedziemy do Bułgarii. Zrywam maliny prosto z krzaka i pakuję do brudnej buzi, a potem doję krowę udając, że świetnie sobie radzę. Pomagam mojej cioci zrywać poziomki na działce,by później zajadać się nimi w słodkiej śmietanie. Razem z siostrą robimy pierogi z liści łopianu i zaprawę murarską z błota. Wychodzę na dwór i leżę z koleżankami na kocu, popijam lemoniadę z plastikowej torebki z rurką, raz na jakiś czas wchodząc na trzepak. Krzyczę maaaaaaaamooooooooo do okna i mama rzuca mi sweter. Inne dzieci też stoją pod blokiem i krzyczą "mamo'', a one rzucają im inne cenne przedmioty. Drożdżówkę w torebce, klucze do domu, gumy do żucia, gumę do skakania, pieniądze na oranżadę. Tym samym polonezem jedziemy nad rzekę. Wkładam nogi do zimnej wody i szybko z niej wychodzę. Czuję zapach polskiego lata i polskich czereśni. Jadę z siostrą na rowerze i puszczam kierownicę odrzucając ręce do góry i pedałując szybciej niż wcześniej. A moja siostra fałszując śpiewa mi piosenkę. 


Właśnie tę, w której zawiera się wszystko co jest w mojej głowie, gdy myślę o lecie...

piątek, 20 czerwca 2014

Niereligijnie.

Moją pasją jest Bóg. Nie, nie jestem religijna. Jestem najmniej religijna z najbardziej religijnych. Religia usypia, wkłada w rytuały, zaślepia, poróżnia narody. Odrzucam religię. Kocham.

Moją pasją jest Jezus. Zamieniam religię na relację. Moja relacja z Jezusem zastępuje mi religię. Moja relacja z łaską zabiera focus ze mnie samej. Kim jest Jezus? Wszystkim.

Moją pasją jest Duch Święty. Odrzucam pustą wiarę bez emocji. Odrzucam słowotok bez znaczenia, zamieniam go na radość, na żar w sercu niemożliwy bez Ducha Świetego. Słyszę. 

Moją pasją sa ludzie. Jeśli nie kochasz człowieka, jak chcesz pokochać Boga? Bez miłości do ludzi, do stworzenia, przyrody, powietrza, gwiazd i zwierząt nie ma miłości do Boga. Skoro nie kochasz tego co widzisz, jak chcesz pokochać to czego zobaczyć nie możesz?

Mówią, że miłość nie może być wszystkim. Jest. 

Moją pasją jest relacja. 
Nie, nie jestem religijna. 





środa, 11 czerwca 2014

Sama przyjemność.

Wiele mam powodów do radości. Uśmiech nie opuszcza mojej twarzy od jakiegoś miesiąca i nic na to nie poradzę. Mieliśmy wspaniałą konferencję w pracy, poznałam niezwykłych ludzi, którzy naprawdę zmieniają świat i zdecydowanie ubarwiają rzeczywistość. Prawdziwymi kolorami. To uczy nie tylko pokory, ale też miłości. Miłość wciąż wydaje się być kluczem do wszystkiego. Nie może być to miłość udawana, ze sztucznym, przyklejonym grymasem na twarzy, ale prawdziwa, wypływająca z trzewi; taka miłość co zakrywa zło i przynosi spokój. Miłość, która pozwala zaadoptować 12 sierot z ulicy, nakarmić niepełnosprawne, bezdomne dziecko, przytulić trędowatą kobietę w Etiopii. Taka miłość nie oczekuje zapłaty, nie zadaje trudnych pytań, nie stawia warunków. Nie wskazuje palcem, choć przecież odkrywa prawdę i wcale nie przyjaźni się z konformizmem. Ktoś powiedział, że miłość jest osobą. Jestem tego w 100% pewna. Przyjaźń z miłością się opłaca. Pozwala wyleczyć się z egoizmu i niezdrowej próżności.

Powodów do radości mam dużo. Słońce grzeje ostatnio mocniej, co przecież jest powodem samym w sobie. Oddycham. Wstaję rano z łóżka, mam w lodówce nie tylko światło, a mój syn całymi dniami może przesiadywać na podwórku bawiąc się z hinduskimi dziećmi. Uśmiecham się jak mysz do sera, bo wiem, jak uprzywilejowaną osobą jestem, nie tylko z powodu posiadania dachu nad głowa. Uśmiecham się, bo pies szczeka za oknem i wydaje mi się, że on też jest bardzo radosny.

Za dwa dni przyjeżdżają też do mnie przyjaciółki z Polski; wolne ptaki, kolorowe kwiaty. Miłość do nich jest prosta, nie wymaga wysiłku. Sama przyjemność. 
Rysunek by: Joanna https://www.facebook.com/pages/Asia-pictures/138247153012164?ref=hl



środa, 16 kwietnia 2014

Co mnie ( nas ) zaskoczyło. TOP 22.

Tak sobie właśnie ostatnio myślałam, jak bardzo życie w Anglii mnie czasami zaskakuje. Zebrałam kilka rzeczy, które zaskoczyły mnie najbardziej, niektóre pozytywne, niektóre nie. Oto moja subiektywna lista:

1. Krany. Jeden z ciepłą , jeden z zimną wodą. I o ile u nas  w domu mamy tradycyjne europejskie, to zawsze jak idę np do kina czy restauracji nie wiem jak umyć ręce, gdyż albo się poparzę albo zamarzam :D

2. Brak gniazdek w łazience. To z powodów BHP, woda nie może mieć  kontaktu z prądem, dlatego tutaj nie ma w łazienkach gniazdek, tak więc nie można tu wysuszyć głowy lub postawić w łazience pralki.

3. Bardzo słabe budownictwo. Domy są tak źle zbudowane, że mój znajomy polski budowlaniec zawsze ma ubaw jak wchodzi do budynków by je wyremontować lub przerobić. Grzyb, cienkie, niedogrzane ściany i bardzo małe pokoje.

4. Uprzejmość i tolerancja. Nie wiem czy to kwestia mojej wsi, ale tutaj wszyscy są zawsze mili i uprzejmi. Nikt nie marudzi, że ma stać w kolejce, przepuścić kogoś przodem, ustąpić miejsca. Ludzie uśmiechają się do siebie na ulicy, w sklepach, autobusach i nie ma w tym nic podejrzanego:) Za tym też idzie niesamowita kultura jazdy samochodem. Tutaj prawie nikt nie wyprzedza. 

5. Nikt się nie pcha do autobusu i wszyscy ustawiają się w kolejce do wejścia. Każdy też mówi do kierowcy 'dzień dobry' i 'do widzenia'.

6. Uprzejma młodzież. Mogą wyglądać dziwacznie ( irokezy, piercing, tatuaże itd), ale raczej zawsze sa uprzejmi wobec innych.

7. Oddawanie rodziców do domów starców. Kiedyś kompletnie tego nie mogłam zrozumieć. Dzisiaj już wiem, że częściej jest to decyzja osoby starszej niż ich dzieci ( wynika to z ogólnego indywidualizmu Anglików.)

8. Gołe stopy niemowląt zimą. Gołe nogi dzieciakow jesienią. Nie wiem jak oni nie zamarzają. Gdy jest 17 stopni mówią, że jest ukrop :S

9. Owsianka lub płatki na śniadanie każdego dnia. I wcale im się to nie nudzi.

10. Zadbane budynki, ogródki, elewacje sklepów. Piękne szyldy i brak graffiti. To bym zdecydowanie chciała przenieść do Polski.

11. Brak podziału lekarzy na pediatrów i rodzinnych. Tutaj wszyscy: mali i duzi, niemowlaki i starcy idą do tej samej przychodni, tej samej poczekalni.

12. Niesamowita hojność Anglików. Wspierają wszystkie akcje charytatywne: od pomocy zwierzętom, poprzez chorych i bezdomnych, do biedaków z krajów Trzeciego Świata. Dają dużo i jest to wpisane w ich DNA tak bardzo, że nawet małe dzieci dzielą się ze słabszymi lub biedniejszymi.

13. Chrześcijaństwo. Tutaj już nie ma myślenia w stylu "my i wy", "my i oni". Chrześcijanin to chrześcijanin. Bez względu czy jest katolikiem, anglikaninem czy baptystą.

14.Sklepy charytatywne. W Anglii jest bardzo dużo sklepów zwanych "Charity shops", w których pracują wolontariusze i sprzedają rzeczy oddane przez zwykłych ludzi. Np do takiego sklepu można oddać zbędną odzież czy zabawki, oni ją sprzedają za grosze, a zysk idzie do fundacji charytatywnych.

15. Ciastka z Colą na lunch, bułka z frytkami czy chipsami w środku, brrrr.

16. Dywany w sklepach. To był dla mnie prawidziwy szok, gdy zobaczyłam dywan w aptece czy w drogerii.

17. Okna otwierane do zewnątrz. Plus: nie niszczą firanek i nie zajmują miejsca. Minus: ciężko je umyć.

18. Dyscyplina w szkole. To mnie naprawdę zaskoczyło! Może to też kwestia Crowborough, ale tutaj dzieci są naprawdę uczone dobrego zachowania. Nie można biegać po korytarzach ( i to naprawdę nie można) , trzeba zawsze powiedzieć proszę i dziękuję inaczej nauczyciel jest 'głuchy' na danego ucznia. Z drugiej strony jest nacisk by dzieciaki miały własne zdanie i umiały go bronić.

19. Wymalowane nastolatki. Może w PL też już tak jest, nie wiem, ale tutaj już trzynastolatki malują się jak ja gdy miałam lat 25.

20. Relacje w pracy. Tu nie ma zasady "prezes i jego podwładni". Wszyscy są równi tylko mają różne zadania i to jest naprawdę super.

21. Mało nowoczesne biura. Tutaj firmy wyglądają czasem tak jak u nas w latach 80 - tych.

22. Nie płukanie naczyń z płynu. Anglicy myją je gąbką a potem od razu kładą na suszarkę do naczyń :/



A tu rozwiązanie na 2 krany:) :




wtorek, 15 kwietnia 2014

Miłość niepojęta.

Każda mama kocha swoje dziecko najmocniej na świecie. Najbardziej lubi to własne i w jej oczach jest jedyne i wyjątkowe. Ja tak mam zdecydowanie. Oliver rośnie, za kilka miesięcy będzie już miał 7 lat. Z każdym rokiem jest coraz bardziej bystry i uczuciowy. Czasami czuję jakbyśmy byli tak blisko, że bliżej już się nie da. Rozumiem go w pół słowa. Wystarczy, że widzę jako oczka a już wiem o co zaraz zapyta. Ten mały człowiek jest najbardziej rodzinną istotą wśród moich bliskich. Kocha bezwarunkowo i bezwarunkowo ufa. I ja mu ufam, powierzam małe tajemnice i wielkie zadania. Idzie wszędzie tam gdzie my. Nie pyta dlaczego, nie kwestionuje, nie wybrzydza. 

Miłość do dziecka jest najczystrzą postacią miłości. Nigdy bym go nie oddała, nie zraniła, nie wystawiła na pośmiewisko. Mam nadzieję też, że nigdy go nie osaczę ani nie zabiorę mu wolnej woli. Pewnego dnia otworzę mu okno i powiem oddychaj, otworzę dzrzwi i krzyknę biegnij synku. Biegnij. Życie jest najpiękniejszym darem. Chciałabym go ochronić od wszystkich nieszczęść życiowych, od błędów i porażek. Nie mogę jednak tego zrobić. Mogę go tylko nauczyć dokonywania wyborów.

Wczoraj wspólnie oglądaliśmy "Pasję". Oczywiście na scenach okrutnych wychodził z pokoju, i tylko słyszałam zza drzwu ''Mogę już ? Mogę dalej zobaczyć co się stało z Jezusem?". Zasypał mnie pytaniami, dlaczego tyle cierpiał, dlaczego tak go bili, dlaczego jedej niedzieli krzyczeli "Hosanna", a tydzień później "Ukrzyżuj". Gdy oglądałam film, po raz setny pomyślałam sobie o tym jak bardzo ukochanym synem był Chrystus. A mimo wszystko Jego przeznaczeniem było pośmiewisko, brak wolnej woli, brak powietrza, zranienie, upokorzenie i śmierć. Wszystko to, czego kochający ojciec nie chce dla swoich dzieci.
I dla kogo to wszystko? 
Dla nas. Marnych ludzi.

I choć większość świata wciąż Go odrzuca. Wciąż krzyczy "Ukrzyżuj".  Ja chcę by mój syn wiedział jak bardzo Bóg go ukochał. Tak bardzo, tak niewyobrażalnie mocno, że nawet za mojego małego Oliego Pan Jezus zginął na krzyżu.

Dziękuję.