piątek, 28 grudnia 2012

To ci dopiero prezenty!

No dobra! Kto ma najsuperowszych przyjaciół? No kto? JA! Ja mam najcudowniejszych, najkochańszych i najlepszych przyjaciół na świecie! Nie ważne, że żaden z nich nie jest w Anglii. Wolę ich - pięknych, kochanych, wiernych, wytwałych - daleko, niż byle jakich blisko.


Dzisiaj dostałam dwie przesyłki. Jedna z nich to podarunek od przyjaciółki, która robi najlepsze prezenty na świecie. W kopercie był film. Tak fajny i ciepły, że tylko ona mogła mi go wysłać z okazji Świąt. Dziękuję. Jak zwykle mnie zaskoczyłaś!!!

W drugiej przesyłce było coś bardzo wyjątkowego. Był to kawałek dnia. Urwana chwila. To podarunek od trzech cudownych kobiet, które są mi bardzo bliskie i nigdy, przenigdy nie chcę by zniknęły z mojego życia. Nawet jeśli jedna będzie najlepszą bizneswoman w Łodzi, druga cudownym lekarzem w Niemczech a trzecia najbardziej kobiecym i przejmująco pięknym (na zewnątrz i w środku) poligrafem na świecie. 


Oprócz kartki dostałam od nich:
  • Zużyty bilet MPK
  • Zużyte bilety do kina na film Atlas Chmur 
  • Kupony na hamburgery w McDonald (to na pewno od przyszłej pani doktor, która lubi zarówno zieloną herbatę i sushi oraz fatalnie niezdrowe kebaby i pizzę :) )
  • Serwetki z ulubionej kawiarni jednej z nich, gdzie pewnie grały w Scrabble i obmyślały plan na życie.
  • Bon do Kappahl'a z 25% zniżką na męskie ciuchy :)


Do tego niebanalne życzenia. Idealny prezent.



Wcześniej dostałam jeszcze jeden prezent. Od jeszcze innej osoby, która zadzwoniła w Wigilię i życzyła Wesołych. I choć zabuli za rachunek fortunę, chcę by wiedziała, że ta chwila była tego warta. Dostałam od niej też książkę. W sumie to nie ja, tylko Oli. Dziękujemy!
Chylińska pisarką, ho ho, kto by pomyślał! 

Dla Was w podziękowaniu, cudowny Bruno Mars! Koniecznie przystojny brunet ( to dla Strumyczka albo Promyczka, nie wiem która jest która). Dziękuję również mojej kochanej przyjaciółce, która przysłała ręcznie zrobioną kartkę z Lafayette i mojej cudownej A. co teraz w Polsce, choć zazwyczaj w ciepłej Chorwacji. Dziękuję za piękne życzenia i zaproszenie ( już się nie mogę doczekać, kiedy z niego skorzystam).



 Kocham Was!







piątek, 21 grudnia 2012

Nawet karp tu nie pomoże

Krok za krokiem, krok za kroczkiem, idą Święta, idą Święta... Dzisiaj od rana śpiewa mi w głowie ta piosenka. Trójkowy przebój o karpiu jest nadzwyczaj melodyjny.  

W tym roku Święta spędzamy w Crowborough z powodów wielu. Zbyt wielu.
I jak zwykle w tym okresie szczególnie tęsknię. Tutaj Świąt nie czuć jak w Polsce.
Nie ma kolejek do piekarni ani do sklepu mięsnego. Nie ma śniegu, tylko deszcz jak zwykle. Nie ma panów sprzedających choinki na dworze.  Nie ma tego "czegoś" nienazwanego, wyjątkowego. 


Przede wszystkim zaś, nie ma spotkań rodzinnych. I tego brak najmocniej.




niedziela, 16 grudnia 2012

Crème de la crème

Czas przygotować się do Świąt. W sumie jest tak jak chciałam - leniwie i spokojnie. Prezenty mam kupione, kartki wysłane, dom w miarę posprzątany. Teraz rozkoszuję się samą esencją. Creme de la creme.

Każdy jakoś świętuje. Nawet ateiści, bo klimat Świąt udziela się każdemu... 

Ja świętuję narodziny Chrustusa i zwykle nie piszę o wierze, ale tym razem będzie inaczej. Wiara w Jezusa indetyfikuje mnie bowiem jako człowieka, więc dzisiaj, w okresie przedświątecznym, napiszę tylko o tym.


Każdy z nas widział kiedyś Bożonarodzeniową szopkę. Niektórzy z nas mieli nawet szansę obejrzeć szkolne Jasełki. Trzej królowie podążają  za gwiazdą widzianą na wschodnim niebie, by zobaczyć króla zapowiedzianego przez proroków. Według nich bowiem miał narodzić się w Betlejem. Dlaczego był królem? Bo był Zbawicielem, odkupicielem każdego z nas, Synem samego Boga, choć oczywiście nie każdy chciał w to uwierzyć. Według linii genealogicznej, był też potomkiem pierwszego człowieka Adama, a co za tym Dawida (tego co  zabił Goliata).  Linia Dawida była linią królewską. Dlatego też Herod tak bardzo obawiał się Jezusa i kazał go zgładzić, wiedział bowiem, że mógłby zająć jego miejsce i zostać królem Izraela.

Jednak od początku...

Na początku Bóg stworzył niebo i ziemę (tę historię znają wszyscy ). Szóstego dnia Bóg stworzył człowieka na swoje podobieństwo i nadał mu imię Adam ( z hebrajskiego adam - ludzie, akadyjskiego ad-mu zrodzony, stworzony ) i dał mu kobitkę, Ewę ( z hebrajskiego hawwa; dająca życie). Byli oni doskonali, nie znali bólu, trosk, chorób ani smutku. Chodzili sobie po rajskim ogrodzie i rozmawiali z Panem Bogiem. Bóg pozwolił im jeść wszystko, zarządzać wszystkim, oprócz jednego: nie pozwolił im zrywać owoców z drzewa poznania. Niestety, wiemy jak się to skończyło. Adam i Ewa nie byli w stanie opanować ciekawości i skuszeni przez węża, zjedli jabłko z zakazanego drzewa. Wtedy musieli opuścić ogród i poznali co to jest samotność, choroba, zło i grzech. Grzech coraz bardziej oddalał ludzi od Boga. Tak bardzo oddalał, że  woleli wierzyć we wszystko inne, tylko nie w Niego. 

W Starym Testamencie czytamy o tym, jak można było odkupić grzechy składając różne ofiary (synogarlice, kozy, owce , jedzenie). Składając ofiarę próbowano przebłagać  Boga za  grzechy. Jednak było to chwilowe, ludzie usilnie starali się być dobrzy, ale jak to zwykle bywa, niezbyt im to wychodziło. Zapłatą za grzech była niestety śmierć. Nie nagła i natychmiast, tylko śmierć duchowa. Ludzie, którzy grzeszyli nie mogli ani poznać Boga, ani usłyszeć ani zrozumieć. Niestety na koniec końców, po śmierci fizycznej, nie mogli też Boga zobaczyć.

I tutaj Bóg miał plan. 

Postanowił wysłać swojego Syna, Boga w ludzkim ciele. Świętego nad Świętymi, który jako jedyny mógł zmazać grzech na zawsze. Jego śmierć była śmiercią zaplanowaną, nieuniknioną, jednak zupełnie innej wartości niż śmierć  zwierząt składanych w ofierze. Chrystus był Bogiem, a więc bez grzechu, ale w ludzkim ciele - tak samo znoszącym cierpienie, samotność i smutek jak wszyscy inni ludzie. Zrodzony z kobiety i Ducha Świętego był ofiarą doskonałą.  Jego przelana krew dała życie wieczne wszystkim, którzy w niego wierzą. 

Oto powrót do poczatku.
Do Świąt Bożego Narodzenia. 

Jezus Chrystus nie narodził się, bo Bóg miał taki kaprys. Nie narodził się byśmy mogli dostawać prezenty albo ubierać choinkę ( choć nie zaprzeczam, że to bardzo miłe :-) ). Narodził się, aby umrzeć za grzechy wszystkich ludzi i  by każdy, kto w Niego wierzy mógł żyć nie tylko wiecznie po śmierci, ale też po to, by tu na Ziemi, można było z Nim mieć relację, która została zerwana w dniu gdy pierwsi ludzie opuścili rajski ogród. Dlatego też trzej królowie, którzy tak naprawdę byli  uczonymi, przynieśli Chrytusowi dary: złoto - na znak tego, że Jezus jet królem,  kadzidło - na znak, że jest najwyższym kapłanem i mirrę - jako symbol żałoby po jego przyszłej śmierci (mirrą balsamowano ludzi), ale też uzdrowienia, czyli zmartwychwstania (mirra ma właściwości lecznicze).

 Kochani czytacze, na koniec życzę Wam cudownych, spokojnych Świąt Bożego Narodzenia. Niech ten czas upływa Wam w rodzinnej atmosferze, zdrowiu i radości. Życzę Wam by piec był aż czerwony od gotowania uroczystych potraw, choinka była piękna i kolorowa, prezentów by było bez liku i uśmiechu rozciągniętego aż do obojga uszu. 

Jednak najbardziej ze wszystkiego życzę Wam Bożej obecności i chociażby nanosekundy chwili, w której poczujecie, że On naprawdę jest.




czwartek, 13 grudnia 2012

Dumna mama

Moje pięcioletnie dziecko stało dzisiaj na szkolnej scenie. Śpiewał głośno i wyraźnie "This is the good Shepherd who cares of each one of you". Był gospodarzem domu, który powiedział Józefowi, że  nie ma miejsca w gospodzie. Patrzyłam na jego gołe stópki i sukienkę, która go przykrywała i byłam najdumniejszym człowiekiem na Ziemi. Dał sobie radę lepiej niż mogłabym się spodziewać. Pięknie i głośno powiedział swoją kwestię z akcentem, którego mogę mu tylko pozazdrościć. 
Przedstawienie szkolne, grudzień 2012
Shepherd's Delight






Na prawo:  klasy Jeżyków i Krecików, grające w przedstawieniu Shepherd's Delight.








Na lewo: mój synek z kolegami. 

poniedziałek, 10 grudnia 2012

Los na loterii

Dialogi w Anglii są czasami bezcenne, magiczne, wyjątkowe. Tak też było i tym razem, gdy wracałam wieczornym autobusem z Tunbridge Wells.

Rozmowa z kierowcą autobusu, siwym panem z brodą w podeszłym wieku.

Ja: Czy może pan się zatrzymać na dole przy Montargis Way?
Kierowca autobusu: Oczywiście, gdzie dokładnie?
Ja: Tam przy skrzyżowaniu, tuż przy górce.
Kierowca: Dobrze. A Pani z Crowborough?
Ja: Nie. Z Polski.
Kierowca: Dzień dobry (po polsku).
Ja: Dzień dobry (uradowana). A pan kiedyś był w Polsce?
Kierowca: Tak, przez pięć lat prowadziłem tam autobus. W Zakopanem, Katowicach, Wrocławiu. O tak, Wrocław był taki piękny. I Tatry. Tatry były zjawiskowe. Cudowne.
Jeśli wygrałbym  los na loterii i mógłbym wybrać nagrodę, to tą nagrodą byłoby być tam, w Polsce.
Ja: Naprawdę? To zupełnie jak ja. Ja też chciałabym tam być.
Kierowca: To jeśli wygram taki los, to panią odnajdę i pojedziemy razem.
Ja: Dobrze, trzymam pana za słowo.

Tutaj autobus się zatrzymał i pobiegłam do domu ubierać z dzieckiem choinkę. Pana pewnie nigdy nie zapomnę, bo tak to już z moją pamięcią jest, że zatrzymuje takie chwile na zawsze.


środa, 5 grudnia 2012

Spokojnie, to tylko śnieg!

Pada śnieg, Pada śnieg
Lecą z nieba gwiazdki
A Olinek i mamusia
Tańczą wygibaski
 
Taką oto piosenką zaczął się dzisiejszy dzień. Postanowiłam utrzeć nosa smutkowi i przegoniłam go wraz z pierwszym śniegiem. Śnieg piękny, puszysty, biały. Wielkie płatki spadały szybko na ciepły grunt. Jedne topiły się już w locie, inne dopiero na ziemi, jeszcze inne przetrwały aż do południa. Biały, piękny śnieg. On zawsze jest jak carte blanche, tabula rasa, ab ovo... W końcu dzisiaj jest dzisiaj a jutro jest jutro, jak już słusznie zdążył ktoś zauważyć.
 
Oli wybiegł z domu jakby poparzył go prąd, brudną rękawiczka przejechał po niskim murku i zgarnął kulkę śniegu. Mamoooo, buch. Dostałam w oko, ale trudno. Jestem w stanie się poświęcić dla tej chwili radości mojego synka. Pobiegliśmy do szkoły z piosenką na ustach. Wielkim ślizgiem dotarliśmy pod drzwi klasy. Po drodze spotkałam trzy mamy:


Ja: Good snowy day!
Mama nr 1: I hate snow!
 
Ja: Good snowy day!
Mama nr 2: Oh, I hope it will not last too long.
 
Ja: Good snowy day!
Mama nr 3: At least children are happy...
 
Co z tymi mamami? Nie wiem. Ja śnieg lubię bardzo. Wydaję się jednak, że jestem wyjątkiem wśród dorosłych mieszkających w Crowborough.
 
Dzisiaj był to tylko centymetr śniegu. Lotnisko w Stansted zamknęte, szkoły zastanawiają się czy nie odesłać dzieci do domu. Koleżanki w pracy obawiają się, że nie dostaną chleba w sklepie. Śnieg już dawno się roztopił, ale panika pozostała.
 
Spokojnie, to tylko śnieg!
 
Biały puch zasmucił się  słysząc te wszystkie narzekania i wrócił do nieba skąd przybył. A  biedak chciał tylko byśmy go docenili  i zaśpiewali mu zimową piosenkę.


 

wtorek, 4 grudnia 2012

Wisienka.

Wczorajszy dzień był wisienką na torcie.  Tą wisienką była Kamila.


Biegając w błocie dogoniłyśmy pociąg w ostatniej sekundzie. Po polsku ( nie wiedzieć czemu właśnie po polsku ) krzyczałyśmy "Poczekajcie na nas, poczekajcie". Poczekali. W ostatniej chwili wsiadłyśmy do wagonu, czerwone z wysiłku i ze śmiechu jednocześnie. W zabłoconych butach dojechałyśmy do Uckfield, miejscowości  zaraz obok mojej, ale z większą ilością kawiarni i sklepów. Spacer po rozświetlonej ulicy był piękny. Choinka ubrana w kiczowate wstążki śpiewała "I will feel so lonely without you this Christmas" co wpasowało się idealnie w klimat jaki miałam w sercu.
Będzie mi jej brakować.  Będzie mi brakować śmiechu do bólu brzucha, gier we wszystkich znanych nam językach, spotkań przy kawie i rozmów do wykończenia słów w gardle. Będzie mi brakować jej walki o niezależność, czerwonych kaloszy i słodkiego towarzystwa. Jej ciągłej gonitwy za bieganiem. Chęci wstania o siódmej rano by móc przemierzać górki w różowych Nike'ach, po czym ignoruje budzik, przykrywa się kołdrą i śpi aż nie obudzi jej alarm przeciwpożarowy.  Będzie mi brakować babskich wyjść do kawiarni i wspólnych dyskusji o wyższości polskiej marchewki nad angielską. Najbardziej jednak będzie  brakować  mi jej samej. I choć nadal będzie na skype, to już nigdy nie będzie to samo...
 
 
Powoli przyzwyczajam się do myśli, że wszystkie moje przyjaciółki są daleko. W Polsce, w Stanach, w Chorwacji. Żadna z nich jakoś nie znajduje się bliżej niż 1000 km stąd. A jak już jedna spróbowała zakorzenić się całkiem blisko, to wraca po dwóch miesiącach, choć obiecywała, że zostanie minimum na rok. Obiecanki cacanki, a głupiemu radość.

Przywyczaiłam się, że moim jedynym przyjacielem, który jest przy mnie, pozostaje mój mąż. Nauczył się doradzać czy żółty szalik pasuje do czerwonej kurtki i czy kupić torebkę Cath Kidston w zielonym kolorze. Znosi ostry zapach lakieru do paznokci w salonie i stos katalogów H&M w sypialni. Jednak żeby nie wiem jak się biedak starał, nigdy nie zastąpi mi babskiego towarzystwa.
Przecież baby są jakieś inne...


Kamyczku dziękuję, że byłaś. Powodzenia, gdziekolwiek życie wyrzuci Cię na brzeg.
Lov u.

środa, 28 listopada 2012

Podobno.

Podobno życie jest jak pudełko czekoladek.

Podobno.

Wczorajszy dzień przyniósł wiele zwrotów akcji i koniec końców stwierdzam, że Crowborough nigdy nie będzie moim miejscem na Ziemi. Nigdy nie może nim być, bo Ktoś na górze zdecydował, że korzenie mam gdzie indziej. Dziwnie się  funkcjonuje bez korzeni.

Podobno życie jest jak scena.

Podobno.

Kamila chyba wyjedzie z UK. Czy wróci? Nie wiem. Nie nastawiam się. Nie przywiązuję się już jak kiedyś. Nauczyłam się żyć z przyjaciółmi, którzy są daleko. Nie oczekuję już że będą blisko. Tak jest łatwiej. Jej 6 kartonów nadal stoi w moim garażu, ale nie mam pewności, czy zaraz garaż nie będzie pusty.


Podobno zawsze mamy wyjście.

Podobno.

Ostatnio zastanawiam się ile ja ich mam. Ile ma ich Oli. I czy tak naprawdę, jakiekolwiek jest.



 

środa, 21 listopada 2012

Czekam

Czekam na zimię. Na biały puch, który wygląda jak słodkie bezy ze śmietaną. Na cichy mróz czekam. 

I na niedzielę z Siestą i Kydryńskim czekam. Gdy za oknem koniecznie biało.

Na mamę czekam. Na jej miękkie dłonie. Na zapach pierogów. Na robienie na drutach. Czekam.

Czekam na niego, na nią. Czekam.

Na siebie czekam. 






sobota, 17 listopada 2012

Kino.

Jestem w Anglii już trzy lata, a jeszcze nigdy, uwaga (!) nigdy wcześniej nie byłam  tutaj w kinie. Wynikało to z dwóch powodów. Po pierwsze: nie ma kina w Crowborough. Po drugie: ponieważ razem z Dawidem nie mieliśmy z kim zostawić Oliego, nigdy się do kina  nie wybieraliśmy. Pozostało mi więc odwiedzanie kin podczas pobytu w Polsce lub czekanie na pojawienie się filmu na DVD. Tym sposobem dorobiłam się niezłej kolekcji płyt, ale tęsknota za wielkim ekranem pozostała.


Dzisiaj było inaczej. Oli został z tatą, a ja razem z Kamilą po raz pierwszy w Anglii poszłam do kina. Kino jest w Uckfield, do którego jedzie sie 20 minut pociągiem. I jest to najcudniejsze kino w jakim byłam! Filmem się trochę zawiodłam, ale kinem wcale! Bynajmniej nie było to Cinema City ani Odeon. Było to najmniejsze kino w jakim miałam okazję być i było cudne. Poczułam sie świetnie, że oparło się nurtom globalizacji i przypuszczam pozostało niezmienne od wielu, wielu lat. Sala mała, z puchatymi czerwonymi fotelami, bez miejsca na kubek z Colą, kurtyna jak za czasów niemych filmów z Charlie Chaplinem, dziwna muzyka w tle w czasie oczekiwania na projekcję. Nie uwierzycie, ale puścili tyrolskie pieśni, zgasili światło i czułam się wyjątkowo. Nie było tam wielu korytarzy, ani pięter. Piętra wcale nie było. Dwie salki obok siebie, z uroczym panem przedzierającym bilet na pół i wskazującym miejsca małą latarką. 

Film przestał być ważny. Poczułam magię kina. I to było naprawdę fajne. 

Picture House, kino w Uckfield


środa, 14 listopada 2012

Imbirowy listopad z nutką dekadencji

Listopad jak to listopad, niesie wiele zmian. Zmian w mojej garderobie ( grube swetry zajęły miejsce letnich bluzek) , na drzewch ( powoli robią się łyse )  i wreszcie w moim portfelu; bo zbliżające się Święta zdziesiątkują moje zasoby materialne. W organizerze zapisuję co komu kupię, w co zapakuję i ile kartek wyślę. Chcę się ze wszystkim wyrobić do 10 grudnia, bo później mam zamiar skupić się tylko na tym co najważniejsze.

Ten listopad jest jednak inny niż dwa poprzednie listopady. Po pierwsze oprócz mojej kochanej dwójki cudownych mężczyzn, mam też przyjaciela. Taką jedną wesołą Duszyczkę, co biega w czerwonych kaloszach i szuka pracy (możecie poczytać jej bloga - polecam! Link w zakładce obok). Zabawna jest bardzo w tym swoim szukaniu, zabawna jest generalnie, ale zupełnie nie jest zabawna, gdy po raz trzeci z rzędu ogrywa mnie w "Buzz'a". Wtedy wcale mi nie jest do śmiechu!

Listopad też jest inny, bo Oli urósł. Rośnie tak szybko! Uczę go mówić "sz", "ż" i "cz", ale niestety wątpię by kiedykolwiek zabrzmiały  tak twardo jak w języku polskim. Wszystko jest miękkie i tylnojęzykowe. Trochę mnie to smuci, ale cóż, chyba nie ma na to rady. Coraz więcej słów wtrąca w języku angielskim, gubi akcent i nawet swoje imię wymawia już po angielsku z "a" zamiast "e" i niemym "r" na końcu. Mówi też, że jest Anglikiem, ale Polskę kocha bardzo. Chociaż tyle.


W końcu, listopad jest inny, bo już tak nie tęsknię. Moja tęsknota za krajem jest coraz bardzej romantyczna. Czasem uświadamiam sobie, że tęsknię za czymś czego nie ma.  Za podmuchem wiatru,  śniegiem w zimie i jazdą tramwajem. Zaraz potem jednak zastawnawiam się, czy tak naprawdę, naprawdę mi tego brakuje? Nie wiem. Wiem jednak, że oswajanie emigracji idzie mi coraz lepiej...

wtorek, 6 listopada 2012

Jordania


Ciężko w słowach odtworzyć ostatnie dni, choć bardzo chciałabym to zrobić. Namalować obraz albo ułożyć nuty na pięciolini byłoby o wiele prościej.

W Jordanii zostawiłam kawałek mojego serca, choć ci co mnie dobrze znają wiedzą, że serce zostawiam gdzie popadnie. Jednak tam odbyłam nie tylko wspaniałą, niezapomnianą podróż, ale co więcej, upewniłam się w tym kim jestem i kim chcę być. A to o wiele trudniejsze niż kupno biletu na samolot.

Poniżej słowa, które napisałam tam, w Aqabie wcześnie rano, kiedy wszyscy w domu spali, a ja zupełnie nie mogłam przegapić tak cudnego poranka.


28.10.2012


Dzisiaj obudziła mnie cała orkiestra dźwiękow (od modlitwy w meczecie, poprzez  ujadanie psów i pianie kogutów aż po dźwięk  samolotu lecącego tuż nad Aqabą).  Dziwne uczucie, naprawdę, ale mam wrażenie, że w Jordanii odnalazłam kawałek siebie.  Mogłabym tu funkjonować naprawdę dobrze, choć może tylko w mieście, bo na wsi wszechobecny  islam zbyt mocno ograniczyłby moją wolność.


Przez moją głowę przebiega tysiące myśli, bo przez ostatnie dni zrobiłam i widziałam więcej niż kiedykolwiek mogłabym się tego spodziewać.  Picie herbaty z Beduinką i  zabawa z jej upośledzonym wnukiem uświadomiło mi więcej niż cały poprzedni rok mojego życia.  Rozmowa z Syryjskimi kobietami, które trzy miesiące temu opuściły swój dom by ratować życie własne i swoich dzieci, dało mi więcej niż codzienne oglądanie wiadomości BBC. Chodzenie ulicami Ammanu  i Aqaby, spacerowanie w Dolinie Mojżesza i patrzenie na górę Synaj było o niebo lepsze niż czytanie przewodnika Lonely Planet. Spotkanie zaś mojej stopy z jeżowcem było przeżyciem niemal ekstremalnym, ale jakże niezapomnianym.



Stałam na Górze Nebo i patrzyłam na Ziemię Obiecaną, byłam w rzece Jordan i chodziłam po ziemi Edomitów. Dziwna ta podróż. Dziwna i piękna. Pojechałam tu by odwiedzić ludzi i miejsca, ale czuję się jakby to ludzie i miejsca odwiedziły mnie. Każda z napotkanych osób obdarowała mnie nie tylko pysznym jedzeniem ale i burzą myśli, które do teraz rozmnażają sie w mojej głowie z prędkością światła. A każde miejce, no cóż... miejsca zatoczyły koło, zawirowały w powietrzu i wraz z pustynnym piaskiem przedostały się przez nozdrza do moich płuc.



Jordańczycy są tak przemili, że ich serdecznością mogłabym sobie wybrukować mieszkanie i wstając codziennie rano zawsze miałabym dobry humor.  Ich gościnność  sięga czasami niewyobrażalnych na Zachodzie rozmiarów. Gdy tuż przed naszym przyjściem gospodarz domu zabił jagnię poczułam się nieswojo. Nie tylko dlatego, że godzinę później zwierzę wylądowało na moim talerzu, ale też dlatego, że ja nic dla tych ludzi nie miałam. Oprócz uśmiechu i zrozumienia.  Byciem jedną z nich, choć przecież tak inną. Dla szacunku dla ich religii i kultury,  zakładałam długie spódnice i przykrywałam głowę, choć  według zasad islamu i tak byłam ubrana zbyt frywolnie. Kobiety ubierają się różnie, w zależności od poziomu tolerancji i wykształcenia męża. Widziałam kobiety z całkowicie zakrytą twarzą, takie którym było widać tylko oczy i takie , które nawet nie nosiły chusty. Te ostatnie jednak są zazwyczaj chrześcijankami mieszkającymi w dużych miastach. A Jordanki są przepiękne, mają cudowne włosy, wielkie oczy i śniadą cerę.



Jednak najmocniej i najbardziej zrozumiałam jedno. Moją wolność w Jezusie. Wśród poprzykrywanych kobiet czułam się czasem jak kolorowy ptak, który zaraz pofrunie w powietrze. Mogę patrzeć mężczyźnie w oczy, mogę podać mu rękę i nie muszę siadać po drugiej stronie pokoju jako byt niższej kasty. Nie jestem niewidzialna.  Kiedy mój mąż zakładał mi na plaży buty, uprzednio wycierając stopy  z piasku, cały tłum gapiów stanął wokoło nas. Tutaj to niecodzienny widok.  Dla Jordańczyków było to tak egzotyczne, że zaczęli nam robić zdjęcia. 







Chyba nie wiedzieli, że Bóg, w którego ja wierzę, mył swoim uczniom nogi, chciaż był Królem...

wtorek, 16 października 2012

Kapsuła.

Jesień zdecydowanie zmieniła Crowborough w kolorowe przytulne gniazdo, z którego nie chce się wychylać nosa. Lisy i wiewiórki częściej bawią się pod drzewami, a ptaki jakoś rozważniej szykują miejsce do założenia rodziny. Ja też częściej zatrzymuję się po drodze do domu i przyglądam kolorowej przyrodzie. Lubię jesień. Lubię jej  cza so spo wol nie nie.
 
Choć tej jesieni czas biegnie wyjątkowo szybko. Ledwo sie obejrzę, a po sobocie, znów kolejna sobota. Biegam ze szkoły do domu, z domu do pracy, potem do drugiej. A w międzyczasie albo po czasie, pijemy z Kamilą kawę, gramy w gry planszowe i oglądamy filmy. Dużo filmów.
 
Za tydzień zaś lecimy do Jordanii. Tam nie ma kolorowych liści, obecnie jest 36 stopni i zastanawiam się jak wytrzymam pod dwoma warstwami ubrań. Sukienka musi być długa, z długim rękawem,a pod nią legginsy lub spodnie i oczywiście zakryta głowa. Dobrze, że Oli nie musi stosować się do wymogów arabskiej kultury . Jedziemy tam z pracy, choć całą rodziną. Będziemy spać z Nomadami na pustyni, odwiedzimy szkoły, gdzie uczą się ubogie dzieci i kobiety, które nie umieją czytać i pisać, a potem będę jeść dużo dań z jagnięciny.

Na razie jednak, jestem tutaj. I wiecie co, zaczynam lubić Crowborough...


wtorek, 2 października 2012

Nowa praca

Pierwszy dzień w mojej drugiej pracy (spokojnie, wciąż pracuję w misji).


*
- Proszę Pani, wczoraj mama dała mi lekarstwo. Miałam temperaturę. I teraz chyba też mam. Bo mi zimno.
- Chodź, usiądź przy mnie. Będzie Ci cieplej. A potem zmierzymy temperaturę.
*
- Proszę Pani. Ja nie lubię tygrysów. Czy ten tygrys zje kota? (oglądamy bajkę o Stuardzie Malutkim)
- Nie, nie zje,  nie bój się.
- Ja i tak się go boję.
- Wiesz co, jeśli się boisz, to ją przewinę do przodu, aż tygrys zniknie.
Przewijam...
Chłopiec:
Jak ja nie cierpię jak ktoś przewija najlepsze momenty!

*

- Narysowałem coś dla Pani. 
- Dla mnie?
- Tak. Lubię Panią. Ale nie lubię budyniu.
Ja Ciebie też lubię mały człowieku.

*

W jadalni.
Oli z drugiego końca sali: hej, wszyscy, wszyscy patrzcie to MOJA MAMA!
Wszyscy patrzą.
Oli: Zane, Zane, moja mama, moja mama, MOJA!
Mamooooooo
KOCHASZ MNIE??? ( Na całą stołówkę)

Przeciez wie, że tak i w powietrzu wysyłam mu serce zrobione z palców. On odpowiada tym samym. I choć lubię wszystkich, to jego lubię najbardziej.

piątek, 28 września 2012

Reaktywacja.

Zupełnie nie wiem, kiedy ten piątek nadszedł.

Najpierw była sobota. W sobotę przyleciała Kamila. Śmiejemy się, że mieszka na stancji, ale mam nadzieję, że jej tam dobrze. Dzielna z niej baba. Ja taka dzielna nie byłam. Cudnie ją mieć tutaj, aż muszę się czasem uszczypnąć w rękę, by sprawdzić czy to prawda. W głębi serca mam egoistyczną nadzieję, że zadomowi się tu na dobre. Szkoda mi tylko tych, których zostawiła w Polsce. Odległość od tak wspaniałego człowieka może wydawać się paraliżująca.

Później była środa, a w środę byłam w szpitalu. Bałam sie jak smok soli ukrytej w owcy. Niepokoiła mnie wizja narkozy, ale dzięki Bogu,  obudziłam sie i jakoś  żyję. Opieka była fantastyczna i każdy uśmiechał się do mnie od ucha do ucha. Wszystko było dokładnie wyjaśnione, a co za tym idzie strach po drodze się ulotnił.


Po zabiegu, mój mąż bawił sie moim elektrycznym łóżkiem i pilotem sterował raz moje nogi raz głowę. Obawiałam się, że już tak zostanę w pozycji cyrkla, ale jakoś zaniechał zabaw z jak to nazwał, całkiem niezłym Wii. Później od szpitala dostałam ogromne pudełko jedzenia, w którym oczywiśćie nie zabrakło chipsów, ale rekompensowały je gruszki i brzoskwinie w syropie.

Generalnie opieka w szpitalu na szóstkę z plusem. 

Gdy wróciłam do domu czekało na mnie rysunek (od dziecka), kawiaty (od Kamili) i lody (od męża).

Jednak ważniejsi niż podarunki, byli oni - moi bliscy. Dzięki nim teraz leniuchuję, oglądam seriale, gram w Scrabble i piję herbatę w pękatym kubku...


I Panu Bogu chciałam podziękować szczególnie. Że przez cały dzień trzymał mnie za rękę i wycierał zagilony nos.

sobota, 22 września 2012

Teleportacja

Wczorajszy dzień obfitował w różne wiadomości i refleksje. Jednak najbardziej obfitował w spotkania.


Popołudnie spędziłam w  towarzystwie czarnowłosej Jowity. Ma piękny dom! Mieszka w sercu sadu. W ogrodzie pachniały dojrzałe jabłka i róże, a w jej wiejskim salonie pękało drewno w kominku. Siedziałam na pufie przy samym ogniu zajadając się murzynkiem z domowego pieca.  Nasze rozmowy nie są skomplikowane, nie jestem przy niej moim alter ego. Jestem sobą. Obmyślałyśmy biznes i kto wie, może coś z tego będzie, bo plan jest dobry. 


Wieczorem zaś byłam na spotkaniu ludzi, którzy pracują tak jak my z Dawidem w misjach międzynarodowych. Cóż za wieczór! Byłam jedną z najmłodszych osób, ale wcale mi to nie przeszkadzało. W Anglii bowiem o wiele lepiej dogaduję się z seniorami niż z ludźmi w moim wieku. Azjatyckie jedzenie, opowieści o Bangladeszu, Kongo czy Burundi były niezwykłe. Jest tyle dobrych ludzi na świecie, z sercem w odpowiednim miejscu. Jednak najbardziej wspaniałe było spotkanie z pewną starszą panią. Gdy usłyszała, że jestem z Polski, podeszła do mnie i powiedziała,że w 1949 mieszkała w Warszawie. Niesamowite! Jej tata był dyplomatą i wraz z nim pojechała do powojennej Polski. Jej opowieść była tak interesująca, że do końca wieczoru nie umiałam już się skupić. Moja wyobraźnia zaczęła działać na tyle intensywnie, że wszystkie myśli teleportowały się do zburzonej stolicy. 

A dzisiaj przyjeżdża Kamila. Znów obmyślam menu i prasuję pościel. Tylko kwiatów jeszcze nie mam, bo ostatnio od kwiatów bardziej lubię kolorowe liście.

wtorek, 18 września 2012

Edukacja cz.1

Wiele osób pyta mnie o szkolnictwo w  Anglii. Stąd też ten post. Dzielę więc temat na kilka części, bo jest on dość rozległy. Dodam tylko, że szkoła, to jedna z tych rzeczy, które bym z chęcią zabrała do Polski.

Szkoła podstawowa.

Szkoła podstawowa to tzw Junior School. Do zerówki idą dzieci, które ukończyły 4 lub 5 rok życia. W przypadku Oliego, były to tylko 4 latka, bo urodził się w sierpniu. Dzieci nie są przyjmowane ze względu na rok urodzenia tylko na miesiąc. Uczniowie są rekrutowani wedłyg urodzin - od września do sierpnia. Np wszystkie dzieci urodzone we wrześniu 2006 pójdą wraz z tymi, które urodziły się w sierpniu 2007. 


Czasami szkoła podzielona jest na Infant i Junior school. I tak jest też w przypadku szkoły Oliego. W szkole "Infant" są dzieci które ukończyły 4 lub 5 rok życia do 6 lub 7 roku życia. W zależności od miesiąca urodzin. Do "Junior school" dzieci chodzą aż ukończą 11 lat.


Wygląd szkoły

Mówię teraz o szkole Oliego, bo tylko z ją znam, nazwijmy to "od środka". Szkoła zbudowana jest na kształt plastra miodu, każda klasa ma dość małą salę na bazie kwadratu, z dwoma parami drzwi. Jedne dają bowiem wyjście bezpośrednio na boisko. Klasa ma kilka stolików również w kształcie plastra miodu, przy którym może usiąść 6 dzieci. Wyposażone są w tablicę multimedialną, dwa komputery, zabawki i masę pomocy naukowych. W szkole jest też oddzielna sala informatyczna, biblioteka, kuchnią dla dzieci ( same w niej czasem gotują pod okiem pań), stołówka  i basen.
My mamy to szczęście, że mieszkamy niemalże na wsi, więc szkoła Oliego otoczona jest parkiem ze stawem, w którym dzieci w ramach zajęć z biologii łowią ryby.
Na boisku są drabinki, drewniany pociąg, rowerki i hulajnogi. Hulajnogą zresztą można też do szkoły przyjechać, bo jest dla nich specjalny "parking".

Zajęcia w infant school

Każda klasa ma swoją nazwę. W zeszłym roku Oli był w "Pszczółkach" teraz jest w "Jeżykach".
Do szkoły dziecko przychodzi w mundurku, z tzw "Book Bag", którą niesie pustą, ale w szkole wkładaną ma w nią książeczkę do czytania, czasem list do rodziców, prace, które wykonał w szkole. Oto i ona: 




Do szkoły zabiera też "Lunch box" w  którym ma drugie śniadanie. Można stołować się w szkole, ale jedzenie niestety nie należy do najzdrowszych.

Już w zerówce dzieci uczą się pisać i czytać. Wszystko jednak odbywa się w miłej atmosferze i już pod koniec roku dziecko zna cały alfabet i umie rozpoznać wszystkie litery i zbitki głosek. Umie też napisać swoje imię i przeczytać proste wyrazy jak "the", "at", "me". Nauka czytania w języku angielskim jest o wiele trudniejsza niż w języku polskim. Dzieci muszą bowiem nauczyć się czytać wzrokowo i zapamiętywać całe słowa. Nie ma bowiem tak usystematyzowanych regół jak w j. polskim.

Dzieci u Oliego w szkole mają tzw "tygodnie tematyczne" i w ramach danego zagadnienia odbywa się nauka wszystkich przedmiotów. Np. jeśli jest tydzień o pociągach, to liczą pociągi, czytają książki o pociągach, jadą pociagiem na wycieczkę i uczą się o ich historii. W następnym tygodniu może być tydzień o dinozaurach lub o planetach. Pamiętam jak raz Oli miał tydzień o superbohaterach i wnieśli im do sali mini sprzęt  do ćwiczeń (bieżnię, rowerek itp) by ćwiczyli mięśnie jak  Spiderman. Szyli też sobie sami peleryny (igłą i nitką) i uczyli piosenek o Batmanie.

Chodzą raz na pół roku do teatru, raz na dwa miesiące jadą  na jednodniową wycieczkę. 

W każdej klasie uczy jeden nauczyciel, który ma asystenta, tak więc są 2 panie na około 20 osób. W Infant School nie ma ocen. Są tylko naklejki za dobrze wykonane zadanie lub za dobre zachowanie. Każde dziecko ma też specjalną książkę, w której zapisywany jest jego rozwój intelektualny i społeczny, wklejane jego zdjęcia i wybitne osiągnięcia. Nie ma ocen negatywnych, są tylko dziedziny, z których musi się poprawić. Jeśli z czymś nie daje sobie rady przyznawany jest mu korepetytor. Oli rok temu miał korepetycje z agnielskiego,które trwały tak długo aż zaczął sam mówić. Dziecko nigdy nie jest zostawiane na "powtórzenie klasy". W szkołę może się angażować każdy rodzic, pomagać  i współprowadzić lekcję. Praca domowa jest nieobowiązkowa i tylko raz w tygodniu. Dzieci chodzą do szkoły od poniedziałku do piątku. Wszystkie zaczynają zajęcia o 9:00 i kończą o 15:00. 

Wychowanie

Anglicy przywiązują ogromną wagę do dobrych manier, więc na to  kładą dość duży nacisk. Słów please i thank you nigdy nie jest za wiele. Can you pass me this toy PLEASE? Can I have a drink PLEASE? Can you help me PLEASE? Myślę, że ucząc języka angielskiego w Polsce powinno się na to zwracać uwagę. Ja musiałam się tego nauczyć tutaj. 

Dzieciom zwraca się uwagę tylko pozytywnie. Na początku trochę nie wierzyłam w tę metodę, ale ona naprawdę działa. Tzn. jeśli dziecko np wierci na lekcji nauczycielka mówi "Show me your best manners please" lub "Try to make a different choice" . W angielskiej szkole nie usłyszysz To dziecko jest niegrzeczne. Ty jesteś niegrzeczny, niedobry. Jak się będziesz tak zachowaływał, to nikt Cię nie będzie lubił. Raczej powiedzą Wiem, że umiesz to zrobić lepiej, Pokaż jaki potrafisz być grzeczny, Jeśli będziesz się dzielił, to zyskasz wielu przyjaciół. Itd, itd, itd Powiem Wam jedno: tutaj to naprawdę działa. Wystarczy, że nauczycielka w klasie Oliego podniesie palec, a wszystkie dzieci z potworków zamieniają się w aniołki. Do klasy Oliego chodzi chłopiec z ADHD, który jeszcze rok temu bił wszystkie dzieci jak popadnie, opluwał je i zabierał im zabawki. Szkoła zorganizowała mu coddzienne zajęcia z psychologiem i dodatkowego asystenta. Dzisiaj to dziecko jest nie do poznania.  Oli ma w klasie nie tylko wspomnianego chłopca ale też autystyczną dziewczynkę i klasa funkcjonuje doskonale

Za kontynuację złego zachowania mimo ostrzeżenia jest kara, tzw time out. W Polsce bliżej znane jako "karny jeżyk" ;)
.

Starczy na dzisiaj. To bardzo duży temat. Ja lubię angielską szkołę. Oli nie jest w niej numerem  z dziennika, ani chłopcem z Polski.  Każdy nauczyciel z dyrektorem na czele musi znać imię każdego dziecka zanim jeszcze przekroczy próg szkoły, nawet jeśli go nie uczy. Nauczyciel wita dziecko przy drzwiach słowami "Dzień dobry Oli". Generalnie wszystko przebiega w pozytywnej atmosferze. Dyrektorka wpada na lekcje i np rozdaje dzieciom gruszki, bo akurat przywiozła ze sobą albo zjada razem z nimi lunch.  Nie ma dzieci złych, są dzieci źle uczone, źle wychowywane. Mam wrażenie, że tutaj bardziej jest szanowana indywidualność dziecka, rozwija się jego mocne strony, mobilizuje do działania i samodzielnego myślenia. A co najważniejsze - szkoła jest przyjemna. Dzieci uczą się bawiąc i to jest naprawdę fajne.

c.d.n

P.S  Moje pięcioletnie dziecko wczoraj po raz pierwszy przeczytało całe zdanie po angielsku :) Oto ono:
In the car. :))  Dumna mama!:)))


środa, 12 września 2012

No nie jest.

Dzisiaj.

Obudziłam się o 7.20 . Mój mały człowiek przydreptał, zaplótł wokół mnie swoje ręce i szepnął "Dzień dobry kwiatuszku". Dzień dobry kochany synku.

Wczoraj.

Moje dziecko wraz z Marysią lat 7, Kubą lat 5 rwali jabłka. Biegali z patykami po sadzie i strącali zupełnie niedojrzałe owoce. Wchodzili na drzewo i zjadali twarde, zielone gruszki machając nogami w powietrzu. Oliego ugryzła osa, Marysia zdarła kolano, Kuba umorusał buzię.

Ja z Jowitą piłam kawę i patrzyłam na słońce. Jowita słucha, ja słucham. Lubię ją. Włączyłyśmy radio i udawałyśmy, że znamy się od stuleci. 

Dzisiaj. 

To mój mąż mnie obudził. Połaskotał w stopę. Nie lubię tego, a jednocześnie lubię bardzo.

Wczoraj.

Położyłam się na sofie. Ułożyłam poduszkę pod głowę, zaciągnęłam koc pod samą szyje. Popatrzyłam na ilość książek, które żyją już własnym życiem zajmując wolną przestrzeń w salonie. Zamknęłam oczy i pomyślałam "Nie jest źle". 



czwartek, 6 września 2012

Zameldowana.

Nie pisałam aż miesiąc. No może dwa. Nie było mnie. Byłam w fantazji, niebycie, na innej planecie, która czasem mam wrażenie, że nie istnieje. Co robiłam? Wąchałam powietrze. Godzinami. Jadłam maliny. Kilogramami. Myślałam. Metrami.

Już jestem w domu, nie - domu. Jest ciepło, a nawet gorąco. Wczoraj po miesiącu rozłąki zobaczyłam swojego męża, który jest chyba jakimś marzeniem sennym. Lepszego człowieka nie znam. I nie poznam.

To chyba na tyle. Jeszcze nie zdążyłam rozpakować walizki, a co dopiero głowy.

środa, 18 lipca 2012

Smile! That's easy!

Czego można nauczyć się od Anglików? Optymizmu!

Kiedy wracam do Polski, a dzieje się to co kilka miesięcy, najbardziej szokującą różnicą nie jest bieda. Nie są to też domy, ulice czy samochody. Największa różnicą są... ponure miny!

W Anglii nikt się nie wykłóca o miejsce  w kolejce do kasy, nikt nie przepycha w wejściu do autobusu. Nikt nie marudzi, gdy ktoś zaparkuje samochód nie na swoim miejscu parkingowym. Nauczyciele w szkole  witają wszystkich uśmiechem, a lekarz zanim zbada, najpierw spyta jak leci i czy syn ma się dobrze.  

Gdy robię zakupy, pani przy kasie zawsze zapyta czy mi pomóc w pakowaniu, ludzie na ulicy uśmiechają się bez powodu, a kierowca w miejskim autobusie  mówi dzień dobry i dowidzenia.

Tak mało trzeba, żeby świat stał się bardziej przyjazny. I kiedy przyjeżdżam do mojej ukochanej Polski, to  właśnie ponure twarze są największym szokiem. Trąbimy, gdy ktoś wyprzedza, marudzimy, że młodzież zajęła miejsce w tramwaju, pan na poczcie zamyka przed nosem okienko, a pani w kiosku nigdy nie ma drobnych by rozmienić 10 złotych.


I jak ta przysłowiowa Pani Halinka, widzimy same problemy.

Nigdy nie chcę stać się Panią Halinką!




czwartek, 12 lipca 2012

'92

Czasami nie można oswoić emigracji, czasami to emigracja oswaja ciebie. Uśmiecha się  łagodnie zachęcając do tańca. Jednak ja dzisiaj tańczę  z moim wiernym wspomnieniem. Walczyka na dwa takty.
Raz, dwa, raz, dwa...


wtorek, 10 lipca 2012

Jaki burak jest każdy widzi.



Kupuję w supermarkecie buraki. Kilogram dokładnie.

Pani przy kasie: Co to jest?
Ja: Słucham??
Pani przy kasie: Jakie to warzywo?
Ja: Buraki
Pani przy kasie: Co?
Ja: Buraki (tutaj mam ochotę cicho zachichotać, ale oczywiście się powstrzymuję)
Pani przy kasie: Nie rozpoznaję tych egzotycznych warzyw.
Ja: TOTALNA KONSTERNACJA.
Pani stojąca za mną: Przecież to nie są egzotyczne warzywa, tylko BURAKI.*


Przypis autorki bloga: Burak po angielsku 'beetroot' jest bardzo popularnym warzywem również tutaj. Jednak nie obwiniam pani, że nie rozpoznała buraka w jego pierwotnej postaci - brudnego ze skórką. Brytyjczycy nie często obcują z takim widokiem. Burak bowiem zazwyczaj jest już obrany, ugotowany i hermetycznie zapakowany w przezroczystej folii. I wtedy już nie każdy wie jak wygląda burak i nie każdy widzi jaki on naprawdę jest.

poniedziałek, 9 lipca 2012

Lubię mówić z tobą.

Dawno nie pisałam, ale ostatnie dni były niesamowite i śmiem twierdzić,  że Ktoś tam na górze nieźle miesza w moim życiu. Czasami wyobrażam sobie jak Bóg otwiera swój laptop i zatwierdza różne opcje. Otwiera jedne drzwi, zamyka drugie. "Klik" i nagle wszystkie dni w moim kalendarzu zmieniają kolor. Nie, nie jest różowo. Bynajmniej. Jest po prostu inaczej.

W sobotę wyprawiliśmy Oliemu pierwsze dziecięce przyjęcie urodzinowe i było naprawdę świetnie. Oli ma urodziny w sierpniu, ale wtedy nikogo tu nie ma, więc postanowiliśmy urządzić je wcześniej. Przybyło wielu Spidermenów i księżniczek i bawiliśmy się na całego. Przyznam szczerze, że nawet ja, będąc przygnieciona na ziemi kilkoma pięciolatkami, czułam prawdziwą radość. Przecież radość w życiu ma kluczowe znaczenie. Prawda?

Poznałam też Jowitę. Jowita mieszka na farmie, ma tysiące kolczyków w uszach i jest miłą odmianą. 
Czasami zastanawiam się czemu przyciągam moje przeciwieństwa, ale co najbardziej ciekawe, naprawdę te przeciwieństwa lubię. Na przykład taką L.

L. jest elfem, mieszka na wieży i trzepocze skrzydłami. Tak jak Jowita lubi czarny kolor i gdyby tylko mogła, miałaby tatuaż. Motyla na stopie albo na łopatkach. Pisze wiersze, ma skłonność do melancholii i ucieczki. Czasem jest przez ludzi nierozumiana. Czasem to ona nie rozumie innych. Znam ją już dobrze. Kiedy strzeli focha, uśmiecham się do niej. Kiedy jestem u lekarza, wiem że o mnie myśli. Kiedy z nią rozmawiam, nawet mucha przestaje bzyczeć, bo szanuje te chwile.

L. przylatuje do mnie w piątek. Razem ze swoim elfim synkiem będzie u nas 2 tygodnie. Już teraz szykuję poduszki na fotel pod jej plecy i podnóżek na jej bolące nogi. L. umie słuchać. Umie też rozmawiać, rozmawiamy długo, czasem za długo. L. lubi też mówić. Gdyby przestała, ukryte w niej słowa wybuchłyby z siłą cząsteczki Higgsa i zburzyły cały wszechświat.  Nie, nie jest idealna. NIKT nie jest. Jednak jest najbardziej empatyczną osobą jaką znam. I to jej nawiększy skarb - zlepione serce, które bardzo lubię. Lubię ją też za to, że jest. I nie ma w tym żadnej kokieterii. L. zawsze jest. Po drugiej stronie ekranu, telefonu, myśli.  A taki ktoś kto jest to wielki skarb, bo dzisiaj ludzie nie mają czasu by być. L. dziękuję, że jesteś.

Czasami sobie myślę, że ją poznałam, gdyż Bóg właśnie nacisnął odpowiedni klawisz w swoim komputerze.
Nie mogło być inaczej, bowiem elfy nigdy nie zaprzyjaźniają się z człowiekiem.



poniedziałek, 25 czerwca 2012

Czy ktoś z Was regularnie biega?


Znacie to uczucie, kiedy czas leci tak szybko, że nawet mucha nie zdąży usiąść Wam na nosie? Ostatni tydzień przeleciał bowiem jak wiatr zabierając po drodze wszystkie wydarzenia, myśli i słowa. Mam wrażenie, że nic z tego tygodnia nie uda mi się zapamiętać, a może będzie wręcz odwrotnie; zapamiętam wszystko na całe życie. 

Każda chwila prowokowała następną, tworząc niewyobrażalną całość, w którą zwykły człowiek by nie uwierzył. Ja nie wierzę. Urodziła się ogromna chmura myśli i wydarzeń, a teraz wypuszczam powietrze,bo inaczej pęknę jak bańka mydlana. Tyle na temat.

Z rzeczy przyjemnych:

W sobotę byliśmy na  grillu zorganizowanym przez  znaną mi Łotyszkę. Poznałam tam bardzo ciekawych ludzi z Litwy, Kosowa i Rosji. Z Albanką z Prisztiny porozmawiałam o statucie Kosowa,  z Litwinką o relacjach polsko - litewskich, z Rosjanką o wzajemnych uprzedzeniach, a z Łotyszką o ciekawym święcie lata, które wciąż się obchodzi celebrując pogańskie zwyczaje. 

Potem biegaliśmy dookoła ogrodu grając w łotewską grę i stwierdziłam, że kondycja mi siadła (już piąty rok z rzędu zabieram się za systematyczne bieganie, ale nadal nic). Para Anglików, która również była na owym przyjęciu, nie odnalazła się kompletnie. Chyba zbyt mocno można było  poczuć wspólny język między wschodnimi kulturami, a i Albanka z Kosowa, znając tradycję i język serbski poczuła się jak ryba w  wodzie. Szkoda  mi było tych Anglików, gdyż pasowali do nas jak kwiatek do kożucha. A my - kożuch, śmialiśmy się najgłośniej w okolicy, rozmawialiśmy o różnicach językowych i społecznych i biadoliliśmy jak to na kożuch przystało.

P.S W przyszłym tygodniu kupię w końcu buty do biegania!


wtorek, 19 czerwca 2012

Starzeję się mimo woli.

Dzisiaj są moje urodziny. Dziwnie się czuję, gdy przyjaciele składają mi życzenia z okazji mojego postarzania się. No cóż, młodsza już nie będę i zmarszczki wogół oczu będą tylko głębsze. Podobno to dobre zmarszczki. Śmiejące się. Tak, tak, pocieszam się dalej....

Dzisiejszy dzień był wyjątkowy. Nie tylko ze względu na pogodę, która była odpowiedzią na niewypowiedziane wcześniej życzenie. Słońce grzało mocniej niż za zawyczaj, a moja lepsza połowa była jeszcze lepsza niż na co dzień. Śniadanie do łóżka, taniec wygibaniec na środku pokoju, cudowny obiad i ciche "sto lat" na koniec dnia były milsze niż tort z podwójną porcją kremu. Chociaż tort też był, czekoladowy, z sercami po bokach czekał na mnie w pracy, przygotowany przez jedną z koleżanek. Nie zliczę ilości kartek, smsów, telefonów i gestów. To naprawdę miłe i wszystkim dziękuję. 

A teraz idę spać. O rok starsza, mądrzejsza i głupsza zarazem. Starsza o kolejny rok na emigracji, świętująca w angielskim stylu z muffinką zamiast W-Zetki. 
Teraz rozumiem, co miewa na myśli moja mama mówiąc, że nie czuje się na swój wiek. 
Wiecie co? Ja też się nie czuję. 

sobota, 16 czerwca 2012

Ogłoszenie



sprzedam przecinki, nawiasy i kropki
sprzedam litery, cyfry i kreski
sprzedam utkane w słowach zagwostki
swą głowę - od deski do deski -





piątek, 15 czerwca 2012

Tooorrreeesss!

Wiem, że to mało kobiece, ale cóż... lubię oglądać mecze. Euro gorączka udzieliła mi się do końca. D. powiedział, że nie znał mnie z tej strony. Oglądam wszystkie spotkania, czasem na dwóch kanałach, by sprawdzić jak komentują Brytyjczycy. Czy to jest normalne? Nie wiem, chyba nie. Wczoraj zorientowałam się, że mecz Hiszpania - Irlandia oglądałam sama, bo D. w tym czasie pisał ważne maile do ważnych ludzi. I sama - czułam satysfakcję.

Ja: Masaaaakraaa
D: (z oddali) Jaka masakra?
Ja: Masakra hiszpańską piła mechaniczną!
D: Wygrywają?
Ja: Jeszcze jak! Już 3-0.
D: A kto strzelił?
Ja: Torres! 

Gdybym tylko mogła, wsiadłabym w samolot i wylądowała jutro po środku Wrocławia. Usiadła bym sobie w strefie kibica, jadła grillowaną kiełbaskę i krzyczała POLSKAAA BIAŁO - CZERWONI!

czwartek, 14 czerwca 2012

Miau.

Uszczknęłam dzisiaj Słońcu troszkę blasku.  Jakbyście zauważli nagłe zmiany pogody, nie obwiniajcie mnie. Czasem muszę zabrać naszej gwieździe troszkę słodyczy.
Wymieszałam z herbatą. Wypiłam duszkiem. D U S Z K I  E M.

Kubek jest niebieski. Zanużyłam pędzelek w kwaśnej śmietanie, dodałam kroplę atramentu ze słoika. Pękaty. Z białym  uszkiem. USZKIEM.

Okno  otworzyłam na ościerz. Dwa wdechy. Trzy. Deszcz nie ma nic do tego. Z Bogiem zamieniłam dwa słowa. Trzy. Upoiłam się. UP(O)IŁAM. 

A teraz siedzę sobie i robię nic nie--robienie. Piszę nic nie--pisanie. Myślę nic nie --myślenie.
Gdybym miała kota, tylko on by teraz przytulał się do mojej nogi. 





niedziela, 10 czerwca 2012

No naprawdę nie lubię.

Dzisiaj nie lubię mojej emigracji. Dzisiaj, mocniej niż zazwyczaj, tęsknota przybrała kolor purpury.  

Czasami najzwyczajniej w świecie nie lubię Anglii. Nie, nie jestem malkontentem. Zazwyczaj pozytywnie oceniam sytuację i widzę szklankę do połowy pełną.



Dzisiaj jednak jej nie lubię. Może przez ten szary kolor nieba.


Nie lubię deszczu, który pada niemal nieprzerwanie.
Nie lubię braku lata i braku śniegu w zimie.
Nie lubię bezzapachowego jedzenia.
Nie lubię zdystansowania ludzi.
Nie lubię pozamykanych okien na cztery spusty i życia za murem.
Nie lubię, gdy Oli musi zmagać się  z językiem, by mieć chociaż jednego kolegę.
Nie lubię angielskich domów starców, gdzie jesień życia człowiek spędza w zimnym odosobnieniu.
Nie lubię niedogrzanych domów i pleśni na sufitach.
Nie lubię umawiać się na kawę z miesięcznym wyprzedzeniem. Z kalendarzem w ręku.
Nie lubię, bo ludzie bardzo rzadko wiedzą tutaj czym jest prawdziwa przyjaźń.
Nie lubię poprawności politycznej, która zabiera godność.
Nie lubię pustych ulic w niedzielę.
Nie lubię sztucznego uśmiechu w sobotę.
Nie lubię samotności moich sąsiadów.


Nie lubię siebie, gdy tęsknię zbyt mocno.